poniedziałek, 13 lutego 2012

Latający dywan 2

 Piękny Pers pogrążył się w czarnych myślach. Zapadł w letarg. Po długich godzinach wzeszedł księżyc. Srebrny blask zalśnił na niebie. Latający Dywan doznał olśnienia. Modlitwa! Nic nie kosztuje a może pomoże? Zaczął się modlić. Do boga dywanów, bieżników, ręczników i wszelakiej przędzy. Modlił się po swojemu, pośpiesznie, żarliwie, tak jak umiał:
Ty który latasz wysoko,
ty co masz przędzę z obłoków.
Ludzką stopą nie deptany,
piękny, wieczny, wyczesany.
Spójrz z przestworzy na swe dziecię,
jak mu sploty błoto gniecie.
Jak w śmietniku serce bije,
Jak powoli frędzel gnije.
Twórco życia nienazwany,
z kurzu nigdy nie trzepany.
Zahacz myślą o odpady,
ratuj Persa od zagłady

          Dywan nagle zamilkł i powoli włożył frędzel do ust. Wyglądał na kogoś, kogo nagle coś uderzyło a uderzyło go szokujące odkrycie! Przypomniał sobie, że jest ateistą. Szklanym wzrokiem omiótł ciemność. No to dupa. Wielka, puszysta dywania dupa i tyle. Dobre wychowanie zbladło i zadrżało. Zażenowane rozluźniło uścisk, ale nie puściło dywanu, mimo swej wrodzonej tępoty nie było głupie, wiedziało, że bez nosiciela nie przetrwa. Dobre wychowanie zrobiło to, co musiało, poprawiło bluzkę i wysłało w mrok figlarno-protekcjonalny uśmiech o numerze 115/3.
         — Czy coś się stało moi drodzy? Doprawdy bzy pachną dziś tak oszałamiająco a wy nie zmieniliście rękawiczek?
         — Mówiłaś coś? — Przystojna pijawka w średnim wieku obróciła się na łokciu i popatrzyła przyjaciółce w oczy. To znaczy mogłaby popatrzeć gdyby zdjęła jej obierki z oczu. Druga pijawka też była w średnim wieku i miała problemy z workami. Worki pod oczami robiły jej się coraz bielsze i większe stąd okłady z obierek. Kobiety leżały na plecach na posrebrzanych tipsach. Tipsy spokojnie unosiły się na bulgocącej, ciepłej powierzchni bagna. Właśnie dryfowały wokół wielkiego, płaskiego i włochatego terenu, którego jeszcze godzinę temu tu nie było. Wszędzie wkraczają zmiany i nowoczesność. Nawet do naszego uzdrowiska najlepszego w tej części śmietnika. Stać mnie na luksus. Jak człowiek o siebie dba to i długo pożyje. Życie jest zbyt piękne by z niego nie korzystać. Zdrowie i uroda najważniejsze. Ciąg pozłacanych myśli przyprawił pijawkę o zadyszkę. Odsapnęła i pogładziła się po czarnym, lśniącym brzuchu. Ani się człowiek obejrzy a zabetonują ostatni skrawek bagna, z niechęcią spojrzała na rozłożony dywan. Popatrzyła jeszcze przez moment po czym opadła ciężko na plecy. Nie chciało jej się myśleć. Jeszcze dziś słodkie lenistwo. Zamknęła oczy. Kołysana bulgotaniem smrodliwych gazów powoli zasypiała… Jutro już do pracy.  
           Zmartwiony dywan ssał bezmyślnie frędzel. Otępienie przydymiło szklany wzrok. Latający Dywan wyjął frędzel z ust i zabełtał nim w bagnie. Tak sobie. Odruchowo, z nudów.                                 
          — Bl… blbl… blybly… blbl — Nucił sobie wesoło kreśląc z rozmachem zawiłe zygzaki po powierzchni szarej breji. Błoto pryskało na wszystkie strony. Latający Dywan zapomniał o smutku. Bawił się zupełnie nieświadom faktu, że właśnie ulega zniszczeniu świetnie prosperujące uzdrowisko o wieloletniej tradycji. Że już nie wspomnę o fakcie, że tonąca placówka wessała w głębiny dwie kuracjuszki na tipsach.
            Latający dywan nieświadom tragedii rozgrywającej się pod nim jak i nad nim a tym bardziej swojej własnej otrzepał frędzle z błota. Ziewnął. Rzucił parę szpetnych wiązanek w piśmie supełkowym, po czym ostentacyjnie zwinął się w rulon. Stanął pionowo i osłupiał. Zapadł w stan hibernacji mając nadzieję, że najdalej za kilka tysiącleci jakaś nowa rasa kilimów lub ścierek odnajdzie go i przywróci do życia. Oczywiście to był tylko taki teatralny dywani gest. Bezcenny Pers po chwili doszedł do wniosku, że robi się nudno i czas na plan A, bo wszystkie pozostałe już przerobił. Nie ma, na co czekać. Wziął potężny rozbieg i rzucił się sobie na ratunek. Stękając, ryjąc frędzlami grząskie podłoże, czołgał się przed siebie. Godzinami, po omacku szukał wyjścia z sytuacji bez wyjścia. Po dwóch dniach minął czajnik, przedarł się przez cmentarzysko firan, przeczołgał pod śmigłem od Tupolewa 154, wpełzł w tunel, zobaczył światło i stracił przytomność.
         Obudziło go energiczne mlaskanie. Na słowniku wyrazów obcych siedziała zielona wstążka. Wymięta i brudna jadła spleśniałego pączka. Od razu było widać, że jest twarda i zna śmietnik. Od czasu do czasu odchrząkiwała i spluwała do filiżanki. Wyszczerbiona filiżanka stała obok słownika porcelanowym brzuchem dotykając jego grzbietu. Dobrze się czuła w towarzystwie intelektualistów. Prostactwo doskwierało jej bardziej niż wewnętrzna pustka. Chociaż ostatnio coś jakby leżało jej na żołądku. Rzut pączkiem od słownika chybotał się wbity w niestabilne podłoże zardzewiały gwóźdź. Jeżeli wziąć pod uwagę fakt, że nikt tu nigdy pączkiem nie rzucał nie wiadomo, jakie były współrzędne gwoździa. Zadziwiające i zupełnie bez znaczenia. W każdym bądź razie nasz zardzewiały gwóźdź był z nami, tutaj, blisko. Tańczył z powagą przed oczyma wstążki. Surowy, małomówny, sprawiał wrażenie nawykłego do pracy fizycznej. Wyglądał na gwoździa bez głębszych refleksji, co może być mylące. Nigdzie nie jest napisane, że porcelana ma lepszy refleks niż metal?