piątek, 27 stycznia 2012

Latający dywan

Latający Dywan wylądował na śmietniku. Śmieci otaczały go zewsząd. Piętrzyły się po horyzont. Z morza plastikowego gruzu sterczały poszarpane obeliski. Nagrobki artykułów pierwszej potrzeby. Kikuty i strzępy przedmiotów cennych a nawet bezcennych. Otaczał go pejzaż nasycony zużyciem i zmęczeniem. Nieruchomy zamęt bulgotał martwą ciszą. Fermentacja rozkwitała z rozmachem na martwych pagórach. Wokół syczało i stukało. Szeleściło i kapało. Latający Dywan uniósł się nieznacznie i popłynął w mrok. Szybował dość długo nad gruzowiskiem syków i trzasków. Wkrótce syki i trzaski przeszły w chrobotanie, chrobotanie w smarkanie a smarkanie w łomot. Dywan zwolnił i skręcił w prawo. Osiadł pośpiesznie na pobliskich laurach i zakrył frędzlami uszy. Trwało to tylko moment, bo natychmiast zwalił się w dół na dno wykopu. Zbutwiałe laury nie utrzymałyby nawet pary zakochanych much a cóż tu mówić o puszystym dywanie. Otyłość jak widać bywa przykrą niespodzianką nie tylko dla ssaków, ale i dla wełnianych płaszczaków.
             Zbutwiałe laury rozpadły się w proch i pył. Latający Dywan runął w dół. Upadł w rzadkie błoto nasączone mdłym, skisłym światłem. Znalazł się na dnie. Latający Dywan pochodził ze wschodu. Był cudzoziemcem, perskim arystokratą, lewitującym magiem pełnym czaru i piękna. Nie znał angielskiego ani wilgoci. Znalazł się naprawdę w trudnym położeniu. A rozłożył się jak umiał, na wznak, na bagnie, na dnie w mokrym półmroku. Z każdej strony napierały śmieci. Czarnymi ścianami wpatrywały się w upadłego Persa. Wokół bulgotało rzadkie błoto. Latający dywan zaczął nerwowo przebierać frędzlami. Rozejrzał się. Błoto wypluwało kule smrodliwych gazów. Ciężkie banie pękały bezgłośnie nad powierzchnią. Odór oblepiał rozlazłe sztuczne drzewa o gnijących stopach. Miękkie, oleiste światło pełzało wolno we wszystkie strony. Na porannym, brudnym niebie rozmazywały się dziwne kształty. Pijawki i węże z lubością prężyły młode ciała. Był późny poranek, było mroczno. Zachwyceni tubylcy dziękowali za nowy cudowny dzień.
  Dreszcz przebiegł po barwnych wzorach dywanu. Przerażony nie wytrzymał i puścił fałdę. Zapłakał, po czym w geście rozpaczy zrolował się na kolana. Frędzle u ramion obwisły a siły odpłynęły...
Gorący wiatr pustyni tańczył z żółtym piaskiem. Rozciągał go w smugi i rzucał w stronę słońca. Bezgłośnie. W absolutnej ciszy falowało białe powietrze. Cudownie, jasno, ciepło. Wyobraź sobie mlask głośniejszy od mlasku. Ojczyznę żółtek i stali. Albo popołudnie w kolorze ochry nisko nad targowiskiem. Burza piaskowa nadciągała na siedząco. Bolące skronie tłukły się jak garnki po wąskich uliczkach. W autobusie włochata ćma paliła fajkę wodną. Jak gorąco, jak zimno, jak we śnie. Bezdźwięczny biały blask łagodnie materializował następny obraz. Slumsy Adamaszku pachnące żarem i gwarem. Huk startujących odrzutowców sułtana… granatowa policja kalifa… biały tłum… na rynku… salceson w kajdanach… Wszystko zaczęło się rozmywać, ciemnieć.

czwartek, 26 stycznia 2012

Liliowy list


            Zerwał się bazaltowy wiatr. Nadciągnęły majowe chmury. Jedna z nich była inna. W zeszłym roku jej nie było. Zestaw się zmienił. Dziwne, pomyślała hrabina. Siedziała na kanapie patrząc w okno i w zamyśleniu dłubała  w nosie. To będzie trudny dzień bo służba dostała wymówienie. Niechlujni byli. Gumy do żucia znajdowała hrabina przyklejone do marmurowych herbów rodowych, na porcelanowych gryfach w toalecie, na portretach przodków w ogrodzie...Niedopuszczalna ignorancja. Hrabina wyrzuciła służbę. Od tej pory sama fastryguje wszystkie pęknięcia na szybach, karmi i poi wszystkie zamkowe majaki, obcina palce rękawiczkom to z myślą o jeździe na rowerze. Hrabina podpatrzyła w okolicznych wsiach, że takie rękawiczki mają rowerzyści zwłaszcza taka jedna miastowa turystka. Swoją drogą owa turystka napluła hrabinie do klombu przed bramą, bezmyślnie zapaskudziła lwie paszcze i wkrótce uschły ze wstydu. Prawda jest taka, że Puchacze nie powinny oddawać piórek do miejskiej pralni chemicznej, bo to, co dostaną z powrotem obleją łzami dawnej świetności.
            — Wezmę może kąpiel, owinę się w rodowy sztandar i pójdę na wrzosowiska. Jakoś się rozweselę i przetrwam ten dzień rozbłysło ciężko w głowie hrabiny.
           — Moje towarzystwo ze mną nie pójdzie bo wstydzą się mnie, gdy jestem w takim stanie. Będą obserwować mnie ze wzgórza, dwadzieścia dwa nieruchome, czworonożne posążki…
           Hrabina zebrała się w sobie, rozebrała do rosołu, owinęła w sztandar i wyszła. Kiedy usłyszała, że potężne drzwi wejściowe zatrzasnęły się z hukiem za jej plecami, popatrzyła w prawo. Nieboskłon obniżył się o piętnaście centymetrów. Hrabina w końcu nie wzięła kąpieli. Następne pięć centymetrów przybliżyło niebo do ziemi. Brudna arystokratka wlokła się wolno w stronę wrzosowisk. Sztandar ciążył na biodrach. W końcu miał grubość dwudziestu pięciu centymetrów, a hrabina miała bardzo jasną cerę. Zatrzymała się przy sześćdziesiątym trzecim kilometrze. Szczególnie go lubiła, bo miał więcej fosforu od pozostałych i ładnie świecił o zmroku. Hrabina jak każda arystokratka lubiła przepych i iluminacje, błyszczące komnaty, granatowe przeciągi w holu i migotanie przedsionków rozdymały jej twarde serce, spragnione pompy i ciszy. Niełatwa karma.
             Na sześćdziesiątym trzecim kilometrze zabłysły jej oczy. Powąchała róże wyhaftowane na sztandarze i zwaliła się z łoskotem w liliowe, bujne wrzosy. W wyschniętym potoku delikatnie szemrała woda. Hrabina patrzyła w niebo. Spadały gwiazdy. W tym roku sierpień nadszedł szybciej. Roje komet zapalały ogniki na mroczniejącym niebie. Brzęczenie stało się wyraźniejsze. Komet przybywało, stawały się wyraźniejsze i bliżej podchodziły, ale nie wszystkie, bo były i bardzo płochliwe i te spalały się nieufnie. Niektóre olbrzymie, kamienne komety zwalniały w odległości pięciu kilometrów od hrabiny i płonąc straceńczo przewalały się w olśniewającym majestacie z grzbietu na brzuch.
— Co za kultura! — Zapłakała blada arystokratka.
Wyobraźnia jest nieoceniona, gdy się nie umie płakać. Były też zwykłe kosmiczne śmieci. Pinezki płonęły jeszcze przed wejściem w atmosferę. Notesy i aluminiowe kołdry paliły się ładnie na tle czarnego już nieba. Raz na kilka lat spalało się w atmosferze kilka orderów z połamanymi wstęgami znak, że umarł ponton. Niektórych przepych zabija myślała wtedy hrabina. Znikały bezpowrotnie tytanowe statuetki astronautów dosiadających czarne jednorożce. Hrabina zawsze do końca śledziła tor ich zanikania. Bardzo lubiła wysyp śmieci z Transgalaktycznego Transportowca K-004. Tyle piękna znika codziennie. Marzyła, by złapać kiedyś sfotografowane w ośmiu wymiarach zdjęcie gotyckiej katedry. Wspaniały bibelot na kominek w holu. Ciąg myślowy przerwały jej nieoczekiwanie dwie czarne skarpety, które arogancko zawisły osiemnaście centymetrów nad jej twarzą. Nówki, wyczuła hrabina. Spięte żyłką, na której końcu dyndała mała czerwona latareczka bez uszczerbku przedarły się przez atmosferę ziemską. Widocznie skarpety znały sekretny tunel dostępny tylko na hasło.
— Dokumenty proszę! — Rzuciła twardo jedna ze skarpet.
Druga kontrolowała sytuację. Od czerwonej żaróweczki rozbolała hrabinę głowa. Dostrzegła okrągłą nalepkę na milczącej skarpecie. NASA, odczytała z trudem. Krótkie teksty męczyły ją niezmiernie, to rodzinne. Hrabina zatęskniła nagle za Eleonorą.
-- To teren prywatny -- Powoli i wyraźnie powiedziała hrabina troszeczkę przy tym sepleniąc. Skarpety nagle straciły pewność siebie, poprawiły krawat i odleciały. Urzędasy zamruczała hrabina. Z szybkością otyłej gazeli, potykając się o sztandar pobiegła radośnie w stronę zamku. Eleonora grzała się w holu przy kominku. Spojrzała na hrabinę ze zrozumieniem swoimi przepięknymi dużymi oczami andaluzyjskiej klaczy. Hrabina spokojnie wzięła kąpiel a potem liliowy papier formatu A3 i zaczęła pisać list. Gdy skończyła wsunęła go pod łóżko by się uleżał. Zrobiło się późno. Wybiła godzina 26. Hrabina udała się do sypialni i zmęczona rzuciła nikłe ciało na wielkie łoże. Jeszcze tylko bajka dla przodków i spać. Wyjęła spod poduszki kosztowną, potężną księgę oprawioną w łabędzi puch i szybko przewertowała kartki, wybrała tytuł i zaczęła wodzić oczami po portretach antenatów spoglądających ze ścian sypialni. Dziś będzie opowieść o „Latającym Dywanie” dla... Zawahała się… dla… wujecznej praprababki od strony okna. Hrabina zaczerpnęła powietrza i zaczęła czytać.