piątek, 9 grudnia 2011

Listopadowe wieloryby 6

Czerwone od czereśni. Grenlandia to kraina lodu. To wersja dla turystów i lodołamaczy. Prawdę znają tylko wieloryby i tłuste domowe koty. Krewniacy w prostej linii. Koty i wieloryby mają identyczne futra aksamitne i puszyste. Skromne wieloryby noszą je do wewnątrz a lubiące przepych koty na zewnątrz. Różnica jest subtelna prawie niezauważalna, tak naprawdę to w ogóle jej nie ma, dlatego ludzcy przyrodnicy natychmiast zbudowali na niej teorię ewolucji. Grażyna wie nie od dzisiaj, że ludzie uwielbiają się zajmować tym, czego nie ma a poza tym są tacy mali i najprawdopodobniej spokrewnieni z polipami.
               Wielorybica Grażyna jest wielką estetką, dlatego często przewraca się na plecy i płacze. Tryskając wysoko gejzerem łez zatapia przelatujące nad nią mewy. Wielorybica Grażyna jest krótkowidzem, martwe ciałka mew unoszące się wokół niej na wodzie bierze za plantację narcyzów. Nucąc piosenkę o zatopionych świecach wyławia z morza białe kwiatki, silnymi palcami płetw zgniata je w wielkie bukiety, bukiety układa sobie na brzuchu i udaje, że jest zagubionym katafalkiem, katafalkiem szukającym drogi do domu…
               — Albo może utopię się w stawie? — A welon mój złocisty poniesie wiatr na pola — zmieniła nagle zdanie rozmarzona Grażyna. Na pola pełne słońca, pyłu i kłujących ostów. Grażyna wzdrygnęła się powodując średniej wielkości falę tsunami. Odruchowo nawilżyła mięsiste usta i ogromne czoło mokrą płetwą. Wybujała wyobraźnia to bardzo wielorybia cecha. Pieśń o zatopionych świecach to bardzo stara i długa historia. Wielorybi mit. Zatopione świece były przodkami wielorybów, miały wielką moc i lubiły hazard. W legendarnej partii pokera rozegranej dawno temu, gdy woda morska składała się tylko z jednego atomu wodoru przegrały w karty dwa zestawy genów. Przegrały z Pustynnymi Wiórami. Dwa nowiutkie zestawy genów odmieniły Pustynne Wióry nie do poznania. Wydobyły z nich kobiecość. Zmodyfikowane Pustynne Wióry stały się Morskimi Warkoczami i zamieszkały w oceanie, warkocze były blondynkami i nosiły świecące pasy ze stearyny na biodrach. Przegrane świece do dziś gryzą się w głębinach świecąc przy tym oczami. Cóż… za błędy przodków niekiedy płaci się bezkresną otyłością i talentem aktorskim.
                18 listopada stado błyszczących kolosów minęło Wrzosowy Klif, na szczycie klifu stała maleńka figurka. Hrabina Anna von Skrzat przygotowała się na tę chwilę starannie, obcięła paznokcie, spryskała dezodorantem sandały. Stała nieruchomo jak skała czy raczej jak skałka, bo nieduża była, tylko lewą rękę uniesioną miała wysoko i machała nią w prawo i w lewo.  
            Tik-tak, tik-tak… klekotała arystokratyczna ręka jak wahadło w starym zegarze. Lewa ręka hrabiny nieoczekiwanie kończyła się dłonią a dłoń kończyła się miserikordią.
             Tik-tak, tik-tak, tik-tak… Miserikordia błyszcząc w słońcu gibała się tam i z powrotem. Hrabina machała do wielorybów rodzinnym klejnotem. Zapachniało wrzosami. Wzruszona spotkaniem hrabina nie zapłakała za to zapłakała Grażyna, zapach dezodorantu szczypał ją w oczy ze wzruszenia.
            — Witaj mała arystokratko — zaśpiewała przeciągle wielorybica.
            Za chwilę śpiew rozlał się spiralami po niebie i wodzie. Ze wszystkich wielorybich gardeł buchnęła pieśń. Wielorybica opuściła z hukiem powieki. Czego nie widać tego nie ma. Czego nie ma tego zepsuć się nie da. Grażyna śpiewała jak natchniona. Magnetyczna, smętna pieśń wiła się ciężkimi, oleistymi wstęgami. Wznosiła się i opadała łagodnie. Potężniała z chwili na chwilę. Coraz cięższa i piękniejsza. Sto metrów nad wodą rolowała się jak wielka płachta powoli i zmysłowo ocierając się o morskie powietrze spływała w dół jak betonowy dywan, by bezszelestnie odbijać się o fale i śpiewające olbrzymy. Czarowna pieśń wielorybów wydawała się rozległa jak wszechświat, wydawała się zapraszać do dawno zapomnianej krainy przykrytej eonami czasu. Wciągała jak sen, z którego nie można się obudzić. Hrabina nagle zatęskniła za domem. Bardzo lubiła tęsknić za domem, ponieważ nigdy go nie opuszczała, dlatego też przychodziła w listopadzie na klif. Nie ma w całym wszechświecie większej tęsknoty za domem niż ta wpleciona w pieśń wielorybów. Hrabina schowała miserikordię do plastikowej reklamówki podciągnęła rajstopy i pobiegła do zamku.
               Wieloryby powoli odpłynęły na północ. Pieśń przycichała. Szum wiatru przechodził w łagodne wycie, tarmosił karłowate wrzosy porastające równinę wokół zamku. Rozległa posiadłość powoli nie popadała w ruinę. W oknie zamkowej biblioteki maleńką poważną twarz rozciął ostatni błysk zachodzącego słońca. Melania powoli podrapała się w policzek. Z nieba zaczęły spadać ciężkie krople. Po chwili szumiący miarowo deszcz przykrył świat brudną folią. Szara cisza ziewnęła i popatrzyła na Melanię jakby wyczekująco.
           Szyszka siedziała na parapecie okna z założonymi rękami. Jak zawsze. Oczy utkwiła w gazecie..
           Konsumenci domagają się więcej wideł na pilota!
           Duży, czarny nagłówek przekrzykiwał szum deszczu. Najbardziej poruszył Melanię wykrzyknik może, dlatego że kiedyś pięknie grała na tamburynie? Szara cisza w końcu zebrała się w sobie i pociągnęła na wrzosowiska omijając pięciopasmową obwodnicę. Melania kopnęła znienacka gazetę potem jeszcze raz i jeszcze…. Gdy wykrzyknik w końcu odpadł odetchnęła z ulgą. Po dwóch dniach odpoczynku podniosła go ostrożnie i stępiła. Pleśń z łydek najlepiej zeskrobuje się tępym wykrzyknikiem. Melania zabrała się za pedicure. Do Wigilii grube łydki Melanii były jak nowe i znacznie szczuplejsze..
              A tymczasem wieloryby były już u brzegów Grenlandii. Nareszcie były u celu. Szepcząc między sobą czekały na czereśnie. Już za chwileczkę... Już za momencik… W końcu stado czereśniowych drzew ukazało się na lodowcu. Drzewa jak młode źrebaki zbiegały na wyścigi na brzeg oceanu. Od razu było widać, że to młody sad. Zdyszane czereśnie dopadłszy wody natychmiast zanurzały w niej głowy. Następowało coroczne mycie głów. Uciechy i radości było przy tym, co niemiara. Beztroska młodych czereśni jest szeroko znana pod kołem podbiegunowym. Ach ta młodość… Czochraniu, parskaniu i wytrząsaniu owoców nie było końca. Woda przy brzegu coraz bardziej lśniła czerwienią. Czereśniowych owoców przybywało. Karminowe płachty powoli odbijały od brzegu kierując się na otwartą wodę.
              A tu czekały na nie wieloryby. Wspaniałe kolosy uwielbiały smak czereśni. Wyławiały je więc garściami i wpychały w zachwycie do przepastnych ust. Wieszały je sobie na uszach, wpychały do pępków. Rozgniatały na miazgę lepkimi od soku płetwami. Umorusane na twarzach pstrykały sobie pestkami po oczach czasem je wybijając a czasem nie. Słodki sok rozbryzgiwał się na szczęśliwych, wielkich twarzach, spływał z potężnych warg, migotał w słonych falach. Nie ma radośniejszego widoku niż wieloryb jedzący czereśnie. Nie ma szczęśliwszej istoty niż listopadowy wieloryb.

 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz