Pogoda była piękna. Ocean był spokojny. Powierzchnia wody mieniła się niebieskim srebrem. Na niebie lśniła rozprażona blacha. Drobne falki uderzały z pluskiem o brzegi stołu bilardowego, który kołysał się bezmyślnie na powierzchni oceanu zatopiony w wodzie i myślach. Dobrze polakierowane, stołowe myśli, nie rozpadają się ze starości. Stół wystawał dwadzieścia pięć centymetrów ponad poziom wody. Wokół niego rozciągała się nieskończona tafla lśniącego oceanu. Wspaniały stół został wyciosany z jednego pnia drzewa chlebowego i natarty chińskimi trującymi grzybami, co gwarantowało odporność na działalność korników i wysokich temperatur. To był standard. Ekskluzywne modele w skrócie ESB, montowane w samolotach pasażerskich i białych transatlantykach miały dodatkowe zabezpieczenia. Zmodyfikowane Ekskluzywne Stoły Bilardowe były odporne na uderzenia kropel deszczu i drobnych meteorytów. Przez zastosowanie sekretnego balastu były idealnie wyważone a przez to niezatapialne.
Sekretnym balastem był polny kamień dobrze uleżały w jałowej ziemi i pyle. Dusza polnego kamienia jest najlżejszą konstrukcją we wszechświecie. Próżnia doskonała jest przy niej jak żeliwny bolec wbity w leśne echo. A poza tym jest kanciasta i pełna wirujących ciężarków eteru. Dzięki właściwościom kamiennej duszy zatopienie Ekskluzywnego Stołu Bilardowego jest niewykonalne w żadnym z dostępnych i niedostępnych wymiarów.
Stół bilardowy dryfował już trzynasty tydzień. Niesiony wschodnio - mongolskim prądem opłynął Alaskę, po czym eskortowany przez słonie morskie ruszył na Pearl Harbor. Później zmienił kurs i ruszył w stronę wyspy Edwarda Krzywoprzysiężcy, by znaleźć ukojenie i ciszę. By zapomnieć gwar starego świata i butwieć na plaży jak każdy porządny mebel. Porządnych mebli na wyspie Edwarda Krzywoprzysiężcy było mnóstwo. Dostojne i fikuśne, cenne i byle jakie, subtelne i koślawe drewniane zjawy zajmowały sporą jej część. Gniły i pęczniały od wilgotnych, gęstych nocy, rozsychały się z trzaskiem, pod naporem maszerujących w południe krabów, wzdychały leniwie, drapiąc się zasolonymi zawiasami a wieczorami szczerzyły wysunięte szuflady do ogromnego, pięknego nieba. Wyblakłe, zapadnięte brzuchy sof i kanap upstrzone gówienkami mewy śmieszki drapały sprężynami poranne niebo. Mewa mieszkała na wyspie i czuła się nieswojo. Rzeka, na której brzegach spędziła dzieciństwo i szalone młode lata wyschła dwa lata temu.
Rzeka wypływała spod czerwonej skały i miała grubość dwóch ołówków. Dla obcych niezauważalna, dla mewy śmieszki była całym światem. Jako ostatni widział mewę pewien kuchenny taboret o trzech nogach i dziurawym siedzisku z dykty. Mówił, że stała po kolana w wodzie, pióra miała rozwiane, emocje rozchwiane i płakała przejmująco. Mewa śmieszka była smutna. Pewnego dnia zniknęła meblom z oczu. Zniknęła na zawsze. Najprawdopodobniej zasnęła w różowym kredensie bawiąc się starym guzikiem i zapomniała się obudzić. Mewy czasem tak mają. Zresztą, kto ją tam wie. Wyspę omijali ludzie, żółwie i wiatr. Wyspę Edwarda Krzywoprzysiężcy kochały tylko zmęczone życiem i zużyciem meble.
Gdzieś na końcu świata, z mebla duch ulata
Pulsowanie słoi wygasa powoli
Tekst na starym transparencie wywieszonym u wejścia do portu, bardzo już wyblakł. Oczywiście port był drewniany i dawno już zgnił.
Wyspa Edwarda Krzywoprzysiężcy miała formę drewnianej ekierki. Składała się w dziewięćdziesięciu dziewięciu procentach z bardzo ładnej, piaszczystej plaży. Pozostały jeden procent należał do krzewu dzikiej róży i czerwonej skały. Róża i skała wyrastały z piasku na samym środku wyspy, miały po dwa metry wysokości, i sprawiały wrażenie schludności i zdrowia. Tchnęło od nich serdecznością i łagodną białą samotnością.
Nasz stół bilardowy nieustannie płynął na południe. Piętnastego kwietnia wpłynął na wody Seledynowego Czworokąta. Mijała środa za niedzielą, niedziela za środą. Czas zwijał się w ledwo widoczne fałdki. Grubiały w ciszy i rozłaziły się na wszystkie strony. Każda fałda pełna była wspomnień albatrosów i beztroskiego śmiechu hiszpańskich inkwizytorów, którzy potonęli na tych wodach czterysta lat wcześniej niż transatlantyk Wercyngetoryks. Z tym ostatnim sprawa była niejasna, mimo iż był jasny a właściwie biały. Za biały na te wody. Zatonął w środę, w słynnym Seledynowym Czworokącie na wschód od równika. Szukano go już w czwartek, czyli za wcześnie. Bez znajomości specyfiki okolicznych wód i seledynowych dni akcja ratunkowa zakończyła się niepowodzeniem. Piękny liniowiec, załoga i pasażerowie zniknęli bez śladu.
Blat stołu bilardowego obciągnięty był pięknym oliwkowozielonym suknem. Na stole nie było ani jednej bilardowej kuli. Potopiły się. Na stole znajdowała się tylko jedna, jedyna rzecz. Jedna, ale za to porządna. Miała styl i ciężar gatunkowy. Była antykiem z niemieckiej, solidnej porcelany. Lis, a właściwie lisica była naturalnej wielkości i barwy, stała dumnie prawie na środku stołu patrząc czujnie czarnymi, błyszczącymi oczkami na południowy- wschód. Wspaniałe zwierzę było ulubionym bibelotem pięknej Elfrydy Sanchez, młodej i znanej już twarzy peruwiańskiej telewizji. Przepiękna lisica przynosiła jej szczęście w miłości i odstraszała mole. Elfryda Sanchez płynęła wysmukłym Wercyngetoryksem do Holandii na urlop. Chciała pozbyć się dręczącej ją od sześćdziesięciu lat depresji. I pozbyła się jej, wraz z całą resztą. Jej znaną twarz wkrótce zapomniano. Z katastrofy morskiej ocalała tylko porcelanowa lisica i ekskluzywny stół bilardowy.
Na maleńkim zielonym prostokącie jak na przydomowym trawniczku, ognistoruda nieruchoma lisica podążała w nieznane. Bez kompasu i trwogi, w szaro-złotym blasku słońca przekroczyła zwrotnik raka i zniknęła.


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz