sobota, 5 listopada 2011

Listopadowe wieloryby

Falujące pola wsuwek do włosów, migotały wesoło na powierzchni oceanu. Znacząc północny szlak migracji wielorybów, kłuły w oczy nadchodzącą jesienią. Listopadowe wieloryby, lubiły wsuwać sobie we włosy, patagońskie sosny. Wsuwka walenia miała około osiemdziesięciu metrów długości. Była silna i otrzaskana z górskimi łańcuchami. Patagońskie sosny mieszkały na zboczach potężnych patagońskich gór. Wysoko, wśród mgieł i zimnych wichrów mówiły same do siebie, zawsze od serca. Z wiekiem stawały się wyższe, więc mówiły same za siebie, ale za to z głowy. W listopadzie sosny schodziły z gór na brzeg oceanu. Kroczyły jedna za drugą, starannie ryjąc korzeniami ziemię. Szybko i bez ociągania.
             — W milczeniu, bo szkoda słów, gdy czas nas goni…, zanuciła ostatnia sosna i obejrzała się z niepokojem.
            Pierwsza sosna przyśpieszyła. Na plaży czekały trzy cacka, sześćdziesiąt bibelotów i tysiąc jeden drobiazgów. Do tej pory o Znakomitego Gościa roztrzaskało się na pewno już kilka tłustych statków. Znakomity Gość był kiedyś pomnikiem, a jeszcze przedtem sławnym pisarzem. „Starego człowieka na motorze” znał i podziwiał cały świat. To arcydzieło literatury, przyniosło pisarzowi nagrodę Nobla. Wspaniały historyczny fresk, o życiu niepełnosprawnych Westalek na wschodnich rubieżach imperium perskiego, na przełomie ery brązu i różu, doczekał się wielu wydań w twardej okładce. Pisarz był znany, bogaty i zdrowy. Prawie zdrowy. Niestety był mały problem. Wybitnemu artyście pękała skóra na piętach. I to z hukiem i trzaskiem, bo pięty miał pokaźnych rozmiarów od czasu, gdy powiększyła mu się stopa życiowa. Najsilniej waliło w trakcie rozdawania autografów. By wytłumić detonacje wydobywające się z eleganckich butów, pisarz rozdawał autografy tylko w trzaskający mróz. Bolesna i wstydliwa przypadłość psuła pisarzowi wizerunek i hamowała karierę.
           Tylko maść z szyszek patagońskich sosen była w stanie zagoić rany jego utalentowanych stóp. Wielki człowiek odwiedził Patagonię jeszcze przed śmiercią. Zakupił kontener cudownych szyszek, przyjął order, pocałował dziecko i odpłynął z szarej przystani. Na pamiątkę tych wydarzeń postawiono pisarzowi monumentalny pomnik. Znakomity Gość, bo tak nazwali posąg miejscowi stał po kolana w wodach oceanu niedaleko od brzegu. W prawej ręce trzymał długopis a w zębach fajkę. Lewa ręka zwisała swobodnie z powodu paraliżu. Spod prawego oka spływała nobliście zgrabnie wyrzeźbiona kamienna łza. Subtelny symbol jego uczuciowej natury albo znamię. Nocą potężna fajka Znakomitego Gościa generowała czerwone błyski. Oryginalna latarnia morska działała do pierwszego sztormu. Niby nic, a zawsze coś. Z czasem ocean i sól zatarły rysy twarzy. Wygładziły surdut na blachę. Po długopisie nie zostało śladu. Nieustanne uderzenia fal zmiękczyły surową posturę Znakomitego Gościa. Posąg nabrał kobiecości i zaczął pachnieć sztucznymi kwiatami.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz