Dłoń ściskała w dłoni kurze jajo. Życie jest wieczne i przenosi się różnymi drogami. Poruszona znaleziskiem Grażyna, ofiarowała jajo stadu czereśniowych drzew, a te zabrały je ze sobą. Głęboko pod grenlandzki lodowiec gdzie pamięć o Życzliwym Ramieniu trwa do dzisiaj. Tę poruszającą, ciepłą historię szeptały sobie pod kołdrami małe, ciekawskie lodowce. W zimne grenlandzkie noce,opowieść rozgrzewała całe pokolenia lodowych maluchów. Z czasem opowieść stała się legendą a legenda mitem. Ale ładnie.
Kutry wojenne nigdy nie szukały oparcia ani życzliwego ramienia. Były żołnierzami. Pływały w marynarkach wojennych i trzeba przyznać, że mundury ładnie na nich leżały. Sentymentalne duperele były kutrom obce. Znały tylko proste zapachy, smaru, potu i kapitańskiej latryny. U wybrzeży Patagonii kutry tropiły eskimoskich uchodźców. Zapuszczały się blisko brzegu, ponieważ Eskimosi byli mali i mieli paszporty z futra. Zapuszczone jednostki tropiące nigdy nie wracały do domu. Zaplątane w aromatyczną smugę zmieniały kurs. Zapach sztucznych kwiatów wabił je prosto w ramiona Znakomitego Gościa. To oczywiście metafora, pisarz już od dawna nie miał ramion tylko dwie obłe kluchy wygładzone przez ocean. Prując fale po żołniersku kutry wojenne waliły działami prosto w skałę, zdziwione i pogięte tonęły żegnane przez siedzące w kucki wysmukłe patagońskie sosny powiewające białymi chusteczkami z urwistego brzegu. Każda tragedia ma swój urok. Dramat żołnierza z kobietą w tle szczególnie jest wyrazisty, tak samo współczucie kobiety z żołnierzem w tle dobrze się ogląda. Nieszczęsne kutry znikały pod wodą bulgocząc zawadiacko na pożegnanie. Sosny rozprostowywały pnie i czochrały się o skały, wysokie i skrzypiące gapiły się później melancholijnie na nieskończoną wodę. W końcu rozłaziły się po plaży. Krótki jesienny dzień zaczął szarzeć, chłód i wilgoć wypełzały z oceanu na brzeg. Powoli oblepiały zaryte w piachu przedmioty wymyte z zatopionych wraków, wywalone na brzeg przez jesienne sztormy. Ściana siwych chmur sunęła od północy. Ominęła z respektem Znakomitego Gościa i zawisła szarym cieniem nad plażą. Sosny snuły się wzdłuż brzegu, spoglądały tu i tam, gubiły szyszki potykając się o żeliwne zlewozmywaki zaryte w piasku. Czasami macały duże torpedy o czerwonych czubkach lub z ciekawości przekłuwały igłami konserwy wieprzowe. Ryjąc plażę korzeniami rozgniatały dzienniki pokładowe, ręczniki, muszle klozetowe i fotografie narzeczonych obojga płci. Wszystko to było interesujące, ale nie za bardzo. Szukały czegoś innego. Listów.
Sosny dokładnie przetrząsały skrzynki walające się po wilgotnej plaży. Poczta przychodziła tu rzadko a skrzynki były nieszczelne. Listy szybko rozmywała morska woda. Czas odgrywał więc tu wielką rolę. Rola czasu zawsze była wielka i jedna i druga. W jednej dłużył się w nieskończoność w drugiej udawał, że go nie ma. W tej ostatniej utkwił na dobre. Od jakichś dwustu lat udawał, że nie istnieje. To trudna rola wymagająca wiary w siebie i zaniku mięśni. Na scenie często towarzyszył Czasowi Pieniądz. Pieniądz był szanowanym aktorem uwielbianym przez tłumy. Gorąco oklaskiwany przez wieki obsypywany nagrodami rósł w oczach. Dziś utuczone popularnością monstrualne gałki oczne turlają się nieporadnie po scenie jak dwa oblodzone młyńskie koła. Z wysiłkiem puszczają oko do tłumów. Po potężnym mrugnięciu szybko uprzątane są ciała zabitych i rannych.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz