Przywabiał kondukty pogrzebowe, kondory i kutry wojenne.
Szkoda że okolica wyludniła się już dawno temu. Szykowne pogrzeby z muzyką i pompą rozweselały tę ponurą krainę. Kondukty pogrzebowe jak czarno-srebrne kwiaty rozkwitały niegdyś na zapylonych drogach i płaskowyżach Patagonii. Przepiękne czarne karawany ciągnięte przez równie stare, czarne rumaki sunęły wolno za chudym wiatrem na wyblakłe wrzosowiska.
![]() |
Ale czas w drogę. Ludzie, konie i kwiaty poskładali leżaki w czarno-srebrne pasy i ruszali przed siebie. Karawan skrzypiał zawadiacko, żałobnikom wesoło trzaskało w stawach. Przygoda, przygoda… szeleściły sztuczne kwiaty. Kondukt kierował się w stronę oceanu, wentylator i parking zostawali sami, jak zawsze. Ale nie do końca. 21 kilometrów na północny-zachód w sektorze 118d stał zaparkowany biały Ford Mustang. Kabriolet z 1723 roku.
Na przednim siedzeniu, od strony pasażera siedziała zakurzona lalka Elfrydy Sanchez. Lalka miała na imię Claudia. Mała Elfryda nazwała swą pupilkę na cześć słynnej chińskiej florecistki popularnej w latach dwudziestych w okolicach Islandii. Niezwykła Claudia była ulubienicą patagońskich dziewczynek ładnych parę lat. Claudia była zadbana jak na swój wiek. Siedziała w mustangu już jakieś osiemdziesiąt lat i nadal miała główkę i rączki. Korpusik także był nienaruszony, trzeba przyznać, że zachowała styl. Tylko te oczy zdziwione, nieruchome jak oczy lalki zdawały się mówić do brudnej szyby.
- Mam brudne, zakurzone uda… samotność śmieci… wody… wody… nie tak miało być… Wątłe, lalczyne myśli ulatywały jak papierki od cukierków, szybko dopadał je wiatr, rwał na strzępy i unosił na wschód na Madagaskar, albo gdzie indziej, gdzie kraina czarna i skwarna. Wiatr nieustannie rzucał piachem z przyjemnością i celnie, bo i cóż robić na tym pustkowiu? Rzucał w betonowy parking, w zdziczałe powietrze, lalce w twarz. Claudia zsiniała, ale fryzurę miała nienaruszoną, widocznie wentylator tylko zahaczał o sektor 118d. Nic więcej w aucie nie było tylko w bagażniku leżał zwykły szary kamyk. O istnieniu białego Forda Mustanga wiedziały trzy osoby. Elfryda Sanchez, jej brat Ernesto i Jose Pampas. Rodzeństwo Sanchez zniknęło lata temu, Jose właśnie znikał w oddali w błyszczącej trumnie. Nie było już nikogo, kto by pamiętał o białym mustangu, zagubionym wśród zimnych wiatrów i samotności. Całe szczęście, że mały Ernesto Sanchez osiemdziesiąt dwa lata wcześniej pomyślał o balaście i włożył kamyk do bagażnika. To był mądry zabieg, ponieważ biały mustang miał tylko 11 centymetrów długości.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz