sobota, 12 listopada 2011

Listopadowe wieloryby 2

Zapach o właściwościach magnetyczno-narkotycznych był niezwykle silny.
Przywabiał kondukty pogrzebowe, kondory i kutry wojenne.
        Szkoda że okolica wyludniła się już dawno temu. Szykowne pogrzeby z muzyką i pompą rozweselały tę ponurą krainę. Kondukty pogrzebowe jak czarno-srebrne kwiaty rozkwitały niegdyś na zapylonych drogach i płaskowyżach Patagonii. Przepiękne czarne karawany ciągnięte przez równie stare, czarne rumaki sunęły wolno za chudym wiatrem na wyblakłe wrzosowiska.

Omijając od wschodu cmentarzysko wiewiórek kierowały się z wdziękiem na północ. Potem autostradą do słońca i już po godzinie przed oczyma ludzi, koni i kwiatów ukazywał się nieczynny „Parking Dzieci Sancheza”. Parking był ogrodzony i pod gołym niebem. Zajmował obszar 210 hektarów i był zupełnie pusty. Nad parkingiem latał olbrzymi wentylator, prawdopodobnie na pilota. Pilota nigdzie nie było. Wentylator najwyraźniej się miotał, najwyraźniej nie mógł się zdecydować co chce wentylować. Kondukt zatrzymywał się. Taka była tradycja. Ludzie, konie i kwiaty wyjmowali z toreb przekąski i napoje, oranżadę w proszku i koreczki z kiszonej kapusty. Posilając się, oklaskiwali kotłujący się wesoło brudny pył. To szalejący wentylator wzbijał wciąż nowe i nowe słupy piachu. I tak bez końca.
      Ale czas w drogę. Ludzie, konie i kwiaty poskładali leżaki w czarno-srebrne pasy i ruszali przed siebie. Karawan skrzypiał zawadiacko, żałobnikom wesoło trzaskało w stawach. Przygoda, przygoda… szeleściły sztuczne kwiaty. Kondukt kierował się w stronę oceanu, wentylator i parking zostawali sami, jak zawsze. Ale nie do końca. 21 kilometrów na północny-zachód w sektorze 118d stał zaparkowany biały Ford Mustang. Kabriolet z 1723 roku.
       Na przednim siedzeniu, od strony pasażera siedziała zakurzona lalka Elfrydy Sanchez. Lalka miała na imię Claudia. Mała Elfryda nazwała swą pupilkę na cześć słynnej chińskiej florecistki popularnej w latach dwudziestych w okolicach Islandii. Niezwykła Claudia była ulubienicą patagońskich dziewczynek ładnych parę lat. Claudia była zadbana jak na swój wiek. Siedziała w mustangu już jakieś osiemdziesiąt lat i nadal miała główkę i rączki. Korpusik także był nienaruszony, trzeba przyznać, że zachowała styl. Tylko te oczy zdziwione, nieruchome jak oczy lalki zdawały się mówić do brudnej szyby.
    - Mam brudne, zakurzone uda… samotność śmieci… wody… wody… nie tak miało być… Wątłe, lalczyne myśli ulatywały jak papierki od cukierków, szybko dopadał je wiatr, rwał na strzępy i unosił na wschód na Madagaskar, albo gdzie indziej, gdzie kraina czarna i skwarna. Wiatr nieustannie rzucał piachem z przyjemnością i celnie, bo i cóż robić na tym pustkowiu?
Rzucał w betonowy parking, w zdziczałe powietrze, lalce w twarz. Claudia zsiniała, ale fryzurę miała nienaruszoną, widocznie wentylator tylko zahaczał o sektor 118d. Nic więcej w aucie nie było tylko w bagażniku leżał zwykły szary kamyk. O istnieniu białego Forda Mustanga wiedziały trzy osoby. Elfryda Sanchez, jej brat Ernesto i Jose Pampas. Rodzeństwo Sanchez zniknęło lata temu, Jose właśnie znikał w oddali w błyszczącej trumnie. Nie było już nikogo, kto by pamiętał o białym mustangu, zagubionym wśród zimnych wiatrów i samotności. Całe szczęście, że mały Ernesto Sanchez osiemdziesiąt dwa lata wcześniej pomyślał o balaście i włożył kamyk do bagażnika. To był mądry zabieg, ponieważ biały mustang miał tylko 11 centymetrów długości.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz