wtorek, 29 listopada 2011

Listopadowe wieloryby 5

Nikt na to nie zważa. Zachwycony tłum wciąż domaga się swoich idoli. Nasz aktorski duet, daje więc z siebie wszystko. Czas i pieniądz wprost wypruwają sobie żyły by uczyć, bawić i wzruszać.  Nawiasem mówiąc wypruwają je bilami bilardowymi by rany były krąglejsze i cóż tu mówić po prostu ładniejsze. By widownię rozjaśnił także uśmiech dziecka. Przedstawienie trwa ciągle. Nieustannie. Wciąż i za wszelką cenę. Czas i pieniądze nie grają tu roli.
            Ale grają tam, a właściwie gra tam, czas. Czas gra rolę nad oceanem bo sosny czekają na listy. Szukają ich wytrwale.  Czasem wpadnie jakiejś sośnie w gałęzie w miarę suchy list. To prawdziwy skarb. Oglądany potem i czytany przez rok przez cały sosnowy las. Brytyjskie krzewy ozdobne potrafią ładnie i obrazowo pisać o kryzysie walutowym, deszczach i zaparciach królowej z równą elegancją. Patagońskie sosny wysoko cenią sobie korespondencję z Europy. Skrycie zazdroszczą europejskim różom wykształcenia, neonów, dezodorantów i wymyślnych narzędzi ogrodniczych. Ale z drugiej strony.. Dobre pustkowie nie jest złe. Niczego tu nie ma więc nie ma czego sobie odmawiać. Głowa tu nigdy nie boli a nadwaga znana jest tylko z ulotek. Patagońskie minusy mają swoje plusy. Niektóre sosny nie wracały w rodzinne góry. Niektóre zrzucały gałęzie i korę i zupełnie nagie rzucały się w fale jak kłody. Odpływały, by zakosztować życia wielorybiej biżuterii.
             Ogólnie rzecz biorąc wieloryby nie nosiły ozdób. To kolosy bez wcięcia w tali. Nikt nie wie gdzie żywa wyspa ma biodra. Podarowanie małemu kaszalotowi kowbojskiego pasa byłoby, więc nie na miejscu. Tak samo nie sprawdziłby się skafander i tusz do rzęs. Lśniące kolosy poruszają się z niezrównanym wdziękiem i szybkością gwiezdnych konstelacji. Wieloryby pochodzą z Planety Milionów Lat i od niepamiętnych czasów przemieszczają się tunelami międzywymiarowymi. Opływają galaktyki, mgławice i stada krzykliwych komet. Wieczni podróżnicy czasoprzestrzeni, opasłe i majestatyczne, tylko one potrafią wprawić w drżenie czarną materię sikając w kucki do czarnych dziur. Niezwykłe, zagadkowe i bez kompleksów. Na skrzyżowaniach tuneli miedzy wymiarowych czekają na podróżników podręczne szafki. Szafki unoszą się w próżni idealnie dopasowane do niczego. Zawierają akcesoria niezbędne do przemieszczania się tunelami do nieskończonych wszechświatów.
              Każda szafka posiadała Przybornik Walenia, żelazny zestaw w trzech szufladkach. Trzy szufladki, trzy działy: konserwatorski, ratowniczy i naukowy. W pierwszej szufladzie znajdowały się: masa szpachlowa z antymaterii, spryskiwacz do kwiatów i białe lakierki z diamentowymi obcasami. W drugiej: płaszcz i szpadel, puszka chałwy, gwóźdź do trumny i okno z deszczem za oknem. Zestaw naukowy: zeszyt w fale, długopis, kółko i krzyżyk. Ważne rzeczy. Grażyna znała je na pamięć. Odbyła już wiele podróży. Dużo widziała, nie schudła i była najprawdopodobniej mądra.
              Wielorybica Grażyna przymknęła oczy. Było cicho. Kołysała się leciutko na powierzchni oceanu. Fale wokół szemrały jak deszcz w listopadowym lesie. W trzecim wymiarze Grażyna zawsze odczuwała nacisk na jelita, stękając obróciła się, więc na plecy. Z jej rudych loków wysunęła się bezgłośnie wsuwka do włosów, plasnęła o wodę, zanurzyła się i za chwilę wypłynęła. Sosna popatrzyła drewnianym wzrokiem za oddalającą się wielorybicą. Niełatwo być wielorybią biżuterią. Grażyna oczywiście niczego nie zauważyła. Płynęła beztroska, zamyślona, zapatrzona w dal. Wielorybica Grażyna była coraz większa i starsza. Piękniała z roku na rok. W listopadzie uśmiechała się szczególnie szeroko. W listopadzie wraz ze stadem płynęła na północ pod czerwone grenlandzkie klify.

sobota, 26 listopada 2011

Listopadowe wieloryby 4

Dłoń ściskała w dłoni kurze jajo. Życie jest wieczne i przenosi się różnymi drogami. Poruszona znaleziskiem Grażyna, ofiarowała jajo stadu czereśniowych drzew, a te zabrały je ze sobą. Głęboko pod grenlandzki lodowiec gdzie pamięć o Życzliwym Ramieniu trwa do dzisiaj. Tę poruszającą, ciepłą historię szeptały sobie pod kołdrami małe, ciekawskie lodowce. W zimne grenlandzkie noce,opowieść rozgrzewała całe pokolenia lodowych maluchów. Z czasem opowieść stała się legendą a legenda mitem. Ale ładnie.
             Kutry wojenne nigdy nie szukały oparcia ani życzliwego ramienia. Były żołnierzami. Pływały w marynarkach wojennych i trzeba przyznać, że mundury ładnie na nich leżały. Sentymentalne duperele były kutrom obce. Znały tylko proste zapachy, smaru, potu i kapitańskiej latryny. U wybrzeży Patagonii kutry tropiły eskimoskich uchodźców. Zapuszczały się blisko brzegu, ponieważ Eskimosi byli mali i mieli paszporty z futra. Zapuszczone jednostki tropiące nigdy nie wracały do domu. Zaplątane w aromatyczną smugę zmieniały kurs. Zapach sztucznych kwiatów wabił je prosto w ramiona Znakomitego Gościa. To oczywiście metafora, pisarz już od dawna nie miał ramion tylko dwie obłe kluchy wygładzone przez ocean. Prując fale po żołniersku kutry wojenne waliły działami prosto w skałę, zdziwione i pogięte tonęły żegnane przez siedzące w kucki wysmukłe patagońskie sosny powiewające białymi chusteczkami z urwistego brzegu. Każda tragedia ma swój urok. Dramat żołnierza z kobietą w tle szczególnie jest wyrazisty, tak samo współczucie kobiety z żołnierzem w tle dobrze się ogląda. Nieszczęsne kutry znikały pod wodą bulgocząc zawadiacko na pożegnanie.
             Sosny rozprostowywały pnie i czochrały się o skały, wysokie i skrzypiące gapiły się później melancholijnie na nieskończoną wodę. W końcu rozłaziły się po plaży. Krótki jesienny dzień zaczął szarzeć, chłód i wilgoć wypełzały z oceanu na brzeg. Powoli oblepiały zaryte w piachu przedmioty wymyte z zatopionych wraków, wywalone na brzeg przez jesienne sztormy. Ściana siwych chmur sunęła od północy. Ominęła z respektem Znakomitego Gościa i zawisła szarym cieniem nad plażą. Sosny snuły się wzdłuż brzegu, spoglądały tu i tam, gubiły szyszki potykając się o żeliwne zlewozmywaki zaryte w piasku. Czasami macały duże torpedy o czerwonych czubkach lub z ciekawości przekłuwały igłami konserwy wieprzowe. Ryjąc plażę korzeniami rozgniatały dzienniki pokładowe, ręczniki, muszle klozetowe i fotografie narzeczonych obojga płci. Wszystko to było interesujące, ale nie za bardzo. Szukały czegoś innego. Listów.
Sosny dokładnie przetrząsały skrzynki walające się po wilgotnej plaży. Poczta przychodziła tu rzadko a skrzynki były nieszczelne. Listy szybko rozmywała morska woda. Czas odgrywał  więc tu wielką rolę. Rola czasu zawsze była wielka i jedna i druga. W jednej dłużył się w nieskończoność w drugiej udawał, że go nie ma. W tej ostatniej utkwił na dobre. Od jakichś dwustu lat udawał, że nie istnieje. To trudna rola wymagająca wiary w siebie i zaniku mięśni. Na scenie często towarzyszył Czasowi Pieniądz. Pieniądz był szanowanym aktorem uwielbianym przez tłumy. Gorąco oklaskiwany przez wieki obsypywany nagrodami rósł w oczach. Dziś utuczone popularnością monstrualne gałki oczne turlają się nieporadnie po scenie jak dwa oblodzone młyńskie koła. Z wysiłkiem puszczają oko do tłumów. Po potężnym mrugnięciu szybko uprzątane są ciała zabitych i rannych.
  

wtorek, 22 listopada 2011

Listopadowe wieloryby 3

           Był zabawką, małą i lekką jak piórko. Z łatwością, więc porwałby go patagoński wiatr. Obciążony kamykiem przetrwał na parkingu dwie wojny i trzy mutacje dzikiego kopru. A tak nawiasem mówiąc, Ernesto wykonał karoserię z blachy falistej, Jose zrobił koła ze zwiniętych w kłębek pustynnych węży a Elfryda dodała migacze z piór. Dzięki pomysłowości Ernesta do dziś biały kabriolet cieszy oczy pustynnych jaszczurek i szpiegowskiego satelity pracującego dla rządu Sri Lanki.
           Brudna, samotna Claudia jest dobrze znana Sri Lankijskim tajniakom. W szufladzie wielkiego rządowego gmachu leży jej mała kartoteka. Jako biała kobieta w kabriolecie jest dla wywiadu szczególnie podejrzana. Każdy jej bezruch jest natychmiast fotografowany przez satelitę, a dane odsyłane do centrali. Nieustannie trwa wymiana myśli i wrażeń. Z ziemi do nieba, z nieba na ziemię. W dzisiejszych czasach informacja to majątek. Kto to zrozumie stanie się kartoteką w białe mustangi na parkingu lalek.
           Ale to wszystko nie obchodziło już Jose Pampasa, był martwy i zaczęła boleć go głowa. Trumnę zabito gwoździami na amen. Nie miał, czym oddychać. Gdy usłyszał więc stłumiony szum fal, odetchnął. Już niedługo. Jeszcze parę minut i znajdzie się nad oceanem, gdzie woń Znakomitego Gościa czai się wśród skalnych rozpadlin. Cóż..a potem będzie jak zawsze. Strojny korowód zniknie w falach oceanu, by rozchlapać się na miazgę o twardy brzuch Znakomitego Gościa. Ale to już historia. Ładne rzeczy nie trwają długo. I słusznie. Bo gdy znikają są jeszcze ładniejsze. W listopadzie aromat Znakomitego Gościa robił się wyjątkowo mocny, wręcz zniewalający. Żaden statek nie mógł mu się oprzeć, ponieważ nie miał, o co ani o kogo. Wszędzie tylko woda i woda. Szukaj wiatru w polu. Ale to może innym razem. Statki nie znajdowały więc tu oparcia. Życzliwego ramienia także nie miał, kto podać. Właściwie to Życzliwe Ramię podawało się samo. Nie potrzebowało już ludzkiego nośnika. Samo było sobie sterem i okrętem. Cudem technologii, owocem badań, kwiatem cybernetyki, łodygą zmagań, ukwiałem marzeń, polipem sukcesu... Jednym słowem, było kończyną nowej generacji wykonaną na inteligentnych włóknach z marokańskiej maślanki. Naprawdę wspaniały ratownik i przyjaciel.

           Niestety, w listopadzie nie było go na tych wodach. I nic dziwnego, bo listopad to nie kwiecień. Jesienią, Życzliwe Ramię pchane silnym prądem, opływa Archipelag Brojlerów. To daleko, bardzo daleko. Wody tam są dzikie a kury niespokojne. Dlatego wody Archipelagu Brojlerów patrolują Automatyczne Tratwy Policyjne w skrócie ATP. ATP wygenerowała ostatni raport pięć dni temu. Podobno widziano Życzliwe Ramię w środę, wyglądało źle, było jakby zwiotczałe. Miało urwaną dłoń i nie odpowiadało na ostrzegawcze strzały. Głuche i nieme zniknęło w dali niesione przez złą wodę. Podobno dryfowało wiele lat wokół Archipelagu Brojlerów, aż kiedyś, pewnego wiosennego poranka rozdziobały go kruki i wrony. Została po nim tylko dłoń. Dłoń miała szczęśliwą rękę do wiatru który zaniósł ją daleko, daleko na północny-wschód. Szczęśliwie dopłynęła do Grenlandii gdzie wyłowiła ją Wielorybica Grażyna.


 


sobota, 12 listopada 2011

Listopadowe wieloryby 2

Zapach o właściwościach magnetyczno-narkotycznych był niezwykle silny.
Przywabiał kondukty pogrzebowe, kondory i kutry wojenne.
        Szkoda że okolica wyludniła się już dawno temu. Szykowne pogrzeby z muzyką i pompą rozweselały tę ponurą krainę. Kondukty pogrzebowe jak czarno-srebrne kwiaty rozkwitały niegdyś na zapylonych drogach i płaskowyżach Patagonii. Przepiękne czarne karawany ciągnięte przez równie stare, czarne rumaki sunęły wolno za chudym wiatrem na wyblakłe wrzosowiska.

Omijając od wschodu cmentarzysko wiewiórek kierowały się z wdziękiem na północ. Potem autostradą do słońca i już po godzinie przed oczyma ludzi, koni i kwiatów ukazywał się nieczynny „Parking Dzieci Sancheza”. Parking był ogrodzony i pod gołym niebem. Zajmował obszar 210 hektarów i był zupełnie pusty. Nad parkingiem latał olbrzymi wentylator, prawdopodobnie na pilota. Pilota nigdzie nie było. Wentylator najwyraźniej się miotał, najwyraźniej nie mógł się zdecydować co chce wentylować. Kondukt zatrzymywał się. Taka była tradycja. Ludzie, konie i kwiaty wyjmowali z toreb przekąski i napoje, oranżadę w proszku i koreczki z kiszonej kapusty. Posilając się, oklaskiwali kotłujący się wesoło brudny pył. To szalejący wentylator wzbijał wciąż nowe i nowe słupy piachu. I tak bez końca.
      Ale czas w drogę. Ludzie, konie i kwiaty poskładali leżaki w czarno-srebrne pasy i ruszali przed siebie. Karawan skrzypiał zawadiacko, żałobnikom wesoło trzaskało w stawach. Przygoda, przygoda… szeleściły sztuczne kwiaty. Kondukt kierował się w stronę oceanu, wentylator i parking zostawali sami, jak zawsze. Ale nie do końca. 21 kilometrów na północny-zachód w sektorze 118d stał zaparkowany biały Ford Mustang. Kabriolet z 1723 roku.
       Na przednim siedzeniu, od strony pasażera siedziała zakurzona lalka Elfrydy Sanchez. Lalka miała na imię Claudia. Mała Elfryda nazwała swą pupilkę na cześć słynnej chińskiej florecistki popularnej w latach dwudziestych w okolicach Islandii. Niezwykła Claudia była ulubienicą patagońskich dziewczynek ładnych parę lat. Claudia była zadbana jak na swój wiek. Siedziała w mustangu już jakieś osiemdziesiąt lat i nadal miała główkę i rączki. Korpusik także był nienaruszony, trzeba przyznać, że zachowała styl. Tylko te oczy zdziwione, nieruchome jak oczy lalki zdawały się mówić do brudnej szyby.
    - Mam brudne, zakurzone uda… samotność śmieci… wody… wody… nie tak miało być… Wątłe, lalczyne myśli ulatywały jak papierki od cukierków, szybko dopadał je wiatr, rwał na strzępy i unosił na wschód na Madagaskar, albo gdzie indziej, gdzie kraina czarna i skwarna. Wiatr nieustannie rzucał piachem z przyjemnością i celnie, bo i cóż robić na tym pustkowiu?
Rzucał w betonowy parking, w zdziczałe powietrze, lalce w twarz. Claudia zsiniała, ale fryzurę miała nienaruszoną, widocznie wentylator tylko zahaczał o sektor 118d. Nic więcej w aucie nie było tylko w bagażniku leżał zwykły szary kamyk. O istnieniu białego Forda Mustanga wiedziały trzy osoby. Elfryda Sanchez, jej brat Ernesto i Jose Pampas. Rodzeństwo Sanchez zniknęło lata temu, Jose właśnie znikał w oddali w błyszczącej trumnie. Nie było już nikogo, kto by pamiętał o białym mustangu, zagubionym wśród zimnych wiatrów i samotności. Całe szczęście, że mały Ernesto Sanchez osiemdziesiąt dwa lata wcześniej pomyślał o balaście i włożył kamyk do bagażnika. To był mądry zabieg, ponieważ biały mustang miał tylko 11 centymetrów długości.

sobota, 5 listopada 2011

Listopadowe wieloryby

Falujące pola wsuwek do włosów, migotały wesoło na powierzchni oceanu. Znacząc północny szlak migracji wielorybów, kłuły w oczy nadchodzącą jesienią. Listopadowe wieloryby, lubiły wsuwać sobie we włosy, patagońskie sosny. Wsuwka walenia miała około osiemdziesięciu metrów długości. Była silna i otrzaskana z górskimi łańcuchami. Patagońskie sosny mieszkały na zboczach potężnych patagońskich gór. Wysoko, wśród mgieł i zimnych wichrów mówiły same do siebie, zawsze od serca. Z wiekiem stawały się wyższe, więc mówiły same za siebie, ale za to z głowy. W listopadzie sosny schodziły z gór na brzeg oceanu. Kroczyły jedna za drugą, starannie ryjąc korzeniami ziemię. Szybko i bez ociągania.
             — W milczeniu, bo szkoda słów, gdy czas nas goni…, zanuciła ostatnia sosna i obejrzała się z niepokojem.
            Pierwsza sosna przyśpieszyła. Na plaży czekały trzy cacka, sześćdziesiąt bibelotów i tysiąc jeden drobiazgów. Do tej pory o Znakomitego Gościa roztrzaskało się na pewno już kilka tłustych statków. Znakomity Gość był kiedyś pomnikiem, a jeszcze przedtem sławnym pisarzem. „Starego człowieka na motorze” znał i podziwiał cały świat. To arcydzieło literatury, przyniosło pisarzowi nagrodę Nobla. Wspaniały historyczny fresk, o życiu niepełnosprawnych Westalek na wschodnich rubieżach imperium perskiego, na przełomie ery brązu i różu, doczekał się wielu wydań w twardej okładce. Pisarz był znany, bogaty i zdrowy. Prawie zdrowy. Niestety był mały problem. Wybitnemu artyście pękała skóra na piętach. I to z hukiem i trzaskiem, bo pięty miał pokaźnych rozmiarów od czasu, gdy powiększyła mu się stopa życiowa. Najsilniej waliło w trakcie rozdawania autografów. By wytłumić detonacje wydobywające się z eleganckich butów, pisarz rozdawał autografy tylko w trzaskający mróz. Bolesna i wstydliwa przypadłość psuła pisarzowi wizerunek i hamowała karierę.
           Tylko maść z szyszek patagońskich sosen była w stanie zagoić rany jego utalentowanych stóp. Wielki człowiek odwiedził Patagonię jeszcze przed śmiercią. Zakupił kontener cudownych szyszek, przyjął order, pocałował dziecko i odpłynął z szarej przystani. Na pamiątkę tych wydarzeń postawiono pisarzowi monumentalny pomnik. Znakomity Gość, bo tak nazwali posąg miejscowi stał po kolana w wodach oceanu niedaleko od brzegu. W prawej ręce trzymał długopis a w zębach fajkę. Lewa ręka zwisała swobodnie z powodu paraliżu. Spod prawego oka spływała nobliście zgrabnie wyrzeźbiona kamienna łza. Subtelny symbol jego uczuciowej natury albo znamię. Nocą potężna fajka Znakomitego Gościa generowała czerwone błyski. Oryginalna latarnia morska działała do pierwszego sztormu. Niby nic, a zawsze coś. Z czasem ocean i sól zatarły rysy twarzy. Wygładziły surdut na blachę. Po długopisie nie zostało śladu. Nieustanne uderzenia fal zmiękczyły surową posturę Znakomitego Gościa. Posąg nabrał kobiecości i zaczął pachnieć sztucznymi kwiatami.