Melania nie miała zachcianek, żadnych. Wszyscy miewają zachcianki, nawet szyszki, ale ona nie miała. Melania, szyszka patagońskiej sosny, tkwiła na parapecie okna, wtulona w waciki kosmetyczne, nieustannie zapatrzona w pejzaż za szybą. Pejzaż morski oczywiście. Patrzyła na morze wzburzone, szumiące, lub gładkie jak skóra śpiącej foki. Zupełnie nie przeszkadzał jej fakt, że morze wyschło już dawno temu. Suche czy mokre, morze to zawsze morze. Oczy Melania miała ogromne, błyszczące, zasnute mgłą. Matowiejące codziennie coraz bardziej i bardziej. W końcu przepływające chmury przestały się w nich odbijać, i oczy Melanii zaczęły przyciągać mgłę. Tak się działo w październiku. Dokładnie - piętnastego. Dlaczego piętnastego? Tego się Hrabina Anna von Skrzat herbu Pompon, nigdy nie dowiedziała. Tego dnia następował nieznaczny ruch. Łuski na obfitej piersi Melanii zaczynały trzeszczeć. Pierś falowała gwałtownymi westchnieniami. Maleńkie, zasuszone nasionka wypadały spod pach Melanii i toczyły się bezgłośnie. Z parapetu na podłogę i pod globusy, po porozkładanych mapach, wszędzie, aż pod drzwi i za wiadro. Mamrotała wtedy ledwo dosłyszalne słowa:
— Kiedyś to było zlodowacenie… a teraz, co?... to już tyle lat, że usta jak nóż silne i zimne… Patagonia… tumany kurzu… kobieta albatros… pamiętasz uzdrowisko w Andach?….
— Chlorofil tak tętnił w żyłach… żar łuski… kiedyś…..

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz