Pewnego dnia pękło niebo. Zrobiła się szczelina. Metaliczny blask w formie tasaka przeciął całą wyżynę. Hrabina podniosła wzrok znad kowadła. Srebrny młoteczek zawisł nieruchomo. To już drugi raz w tym tygodniu, pomyślała. Lutownica jest w kotłowni, nie teraz, pomyślała. Dokończę najpierw Melanię. Szybko, więc wyklepała do końca bolące halluksy Melanii, zdjęła ostrożnie jej małą, pokrytą łuskami stopę z kowadła i odłożyła na wacik kosmetyczny. Kowadło to spadek po dziadku hrabiny. Dobra rzecz. Tak naprawdę służyło tylko do jednego celu, do klepania głupot. Rzecz nader poważna u von Skrzatów.
Klepanie mają w genach, to i obowiązek jak i wielka przyjemność. Hrabina Anna von Skrzat miała wiele przymiotów, jak i przedmiotów. Niezrównanie skakała na skakance, najzręczniej ze wszystkich dobijała ranne ptaszki o poranku swą podręczną miserikordią. Kochała się w misternych przedmiotach pierwszej i szesnastej potrzeby. Wszystko ma swój cel, widziała o tym. Przed śniadaniem lubiła się przechadzać korytarzami swego zamku, niezliczone galerie, krużganki, słyszały stukot jej obcasów. Echo niosło się po sklepieniach, odbijało matowo od wielkich drzwi, zalegając w końcu w cynowych nocnikach, nieużywanych od dawna, zarośniętych morską trawą i tymiankiem. Cisza rozlewała się jak mokra kołdra. Hrabinę przechodził w takich momentach dreszcz szczęścia. Szła, więc do omszałej łazienki i dwie godziny czesała włosy. Były rzadkie. Było ich szesnaście, rozdzielone równo przedziałkiem. Wymagały uwagi i pielęgnacji.
Hrabina nie była zbyt urodziwa, ale

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz