wtorek, 25 października 2011

Melania cz.3

Co 16 lat, Melania z ociężałą stanowczością spadała z parapetu i turlała się przez całą salę, wtaczała za wiadro i znikała na całe dnie. Tak się bez niej dłużyło i tak było cicho bez milczącej Melanii. Hrabina kładła się wtedy na Rowie Oceanicznym i zasypiała.
Obudził ją blask. Przed nią stała wyprostowana Melania z twarzą tak piękną, że hrabina z wrażenia doznała skurczu serca i barku. Ciało Melanii wydawało się młode i stare zarazem. Emanowała jednocześnie pięknem zachwycającej toporności i cudownej eteryczności. Była prosta i skomplikowana. Wyniosła i skromna. Daleka i bliska. I nagle przykładając lewą dłoń do piersi, zaczęła śpiewać:

 Ma ziemia pachnąca rodzi dumne pnącza
orderami pokryta traw kraina lśniąca
Z wiatrem wysokim płyną kondory
Wokół masztów sosen splatając kędziory
Bujne rozlewiska i ogromne miasta
Niejedna się szyszka za nie pochlasta
Pochlasta, pochlasta
Sta, sta

 Ojczyzna ma dzika krwi historią spływa
Tatuaż wielkiej chwały ciało jej pokrywa
Honor i cierpienie utwardziły jej suknie
Od smutnej emigracji niech mi serce huknie
Huknie, huknie
Nie, nie

 Argentyńskie zapałki płonęły na stosach
Z pąsową różą w ogolonych włosach
Inkwizytorzy prezydenci i ziarnka fasoli
Sztandary nieśli przez wieki niedoli
Niedoli, niedoli
Oli, Oli

 Ma miłość została daleko pod niebem
Pozostał mi smalec pomazany chlebem
Cudowna miłość zdrewniała na wióry
Oto spowiedź bolesna argentyńskiej córy
Córy, córy
Óry, óry

 Korkociągi kurzu zamarły w powietrzu wraz z ostatnim dźwiękiem. Melania z wyczuciem pochyliła głowę na piersi, jednocześnie drugą dłoń kładąc na pierwszą. W tym był styl i to wielki styl! Hrabina oniemiała i pierwszy raz w życiu pożałowała, że nie ma ojczyzny ani prezydenta. Blask i łagodne rozmarzenie bijące od Melanii sprawiło, że serce hrabiny zaczęło gwałtownie bić. Hrabina z wielką mocą zatęskniła za wrzosowiskiem i kurhanem, za miejscem spotkań z Puchaczem. Za jego spłoszonym wzrokiem, miękkim puchem pod piórami i ostrymi szponami. Oczy zaszły jej mgłą i uśmiechnęła się pod wąsem.
— Metale kolorowe źle znoszą oschłość pontonów ― dobiegł jakby z oddali głos. Szyszka Melania stała zadumana na wielkiej mapie świata, na zielonej plamie Amazonii. W zieleni było jej do twarzy.
— Tutaj ― dotknęła czubkiem baletka ciemnozielonego miejsca na mapie ― zaginął luksusowy transatlantyk „Wercyngetoryks”.
Płynęli nim więźniowie w różowo - białych pasiakach. Załoga statku składała się z carskich kadetów i najlepszych dżokejów ze stajni biskupa Dżakarty, wszyscy zaginęli w dżungli. Melania zamilkła i wdrapała się na parapet okna. Zaczęła wolno wygładzać rękoma łuski.
Zaczynała powoli nieruchomieć. Nagle, z niespodziewaną energią odgarnęła kosmyk włosów za złuszczone ucho i postukała małym palcem prawej ręki w brudną szybę. Nagle jesień stała się bardzo jesienna.
— Wszystkich zadusiły liany ― byłam przy tym… Szept Melanii odbił się dudniąco od tapet i walnął w najbliższy globus. Groza zatrzepotała jak szalona. Hrabina odruchowo zadusiła ją parasolem. Nieuchronnie nadchodził szesnasty październik. Hrabina rozdała karty. Szyszka zamilkła na dobre. Za 365 dni być może hrabina dowie się czegoś o krewnych Melanii. Warto czekać.
Hrabina rzuciła karty i poszła obciąć paznokcie. Niedługo przypłyną listopadowe wieloryby.




wtorek, 18 października 2011

Melania cz.2

            Otyłość i pewna zmysłowość wieku dojrzałego, dodały Melanii miękkości i szlachetności. Pulchne białe dłonie i pełne usta, mówiły same za siebie. Życie Melanii musiało być bujne i pełne gwałtowności. Piętnastego października potrafiła rozszarpać trzy waciki kosmetyczne, jeden po drugim, w jakimś nieobecnym zapamiętaniu. Siedem lat temu uderzyła się nawet prawa ręką w biodro, tak silnie, że aż hrabina upuściła asa kier. Coś małego wyfrunęło wtedy spod szesnastej łuski od dołu szyszki. Maleńki papierek opadł na Donieck. Dość daleko od hrabiny, wówczas grała, leżąc na Pustyni Gobi. Miała niańkę z Mongolii, i sentyment pozostał. 



          Hrabina od niechcenia przeczołgała się na zachód, i znad kart zerknęła na papierek. Buenos Aires, 15 październik 1815 rok przed Kaktusem, „Opera za trzy bambosze" Bilet do opery, wypisany zielonym atramentem, bardzo wyblakły. Hrabina zadumała się. Nigdy nie była w operze. Von Skrzatowie zanikają w odległości 22 kilometrów od domu. I tak, leżąc, podłożyła dłonie pod brodę i zapatrzyła się w Melanię. Na dramat, którego nigdy nie pozna.
           W bladym świetle października, dostrzegła resztki pazłotka na paru łuskach i zardzewiały kolczyk zawieszony pod kolanem lewej nogi. Ledwo widoczny, w kształcie płonącego zeppelina. Zeppelin trzymał w pysku różę, kiedyś zapewne karminową. Może była stewardesą? - Pomyślała hrabina…
Hrabina podczołgała się bliżej i usiadła na wyspie Togo. Melania była analfabetką. Liczyła specyficznie, przeważnie na łut szczęścia. Gdy przybyła, miała tylko trzy rzeczy: dwumetrowe cygaro, książkę i baletki. Cygaro wypaliła na plaży, baletki zawsze miała nałożone na szyszkowe stopy. Prawdopodobnie nosiła je od urodzenia, bo miały pokaźne rozstępy. Książka natomiast to zagadka. Zaraz po przybyciu do sali globusów, wsunęła ją bez słowa za wiadro i nigdy później nie powiedziała słowa na ten temat. Hrabinę intrygowała książka, niestety wrodzona kultura i krótkowzroczność nie pozwalały jej nic dostrzec za wiadrem. Okulary zgubiła hrabina na wrzosowiskach, a soczewek arystokracji nosić nie wolno. O kulturze hrabina nie miała pojęcia, bo się z nią urodziła.

piątek, 14 października 2011

Melania

         Melania nie miała zachcianek, żadnych. Wszyscy miewają zachcianki, nawet szyszki, ale ona nie miała. Melania, szyszka patagońskiej sosny, tkwiła na parapecie okna, wtulona w waciki kosmetyczne, nieustannie zapatrzona w pejzaż za szybą. Pejzaż morski oczywiście. Patrzyła na morze wzburzone, szumiące, lub gładkie jak skóra śpiącej foki. Zupełnie nie przeszkadzał jej fakt, że morze wyschło już dawno temu. Suche czy mokre, morze to zawsze morze. Oczy Melania miała ogromne, błyszczące, zasnute mgłą. Matowiejące codziennie coraz bardziej i bardziej. W końcu przepływające chmury przestały się w nich odbijać, i oczy Melanii zaczęły przyciągać mgłę. Tak się działo w październiku. Dokładnie - piętnastego. Dlaczego piętnastego? Tego się Hrabina Anna von Skrzat herbu Pompon, nigdy nie dowiedziała. Tego dnia następował nieznaczny ruch. Łuski na obfitej piersi Melanii zaczynały trzeszczeć. Pierś falowała gwałtownymi westchnieniami. Maleńkie, zasuszone nasionka wypadały spod pach Melanii i toczyły się bezgłośnie. Z parapetu na podłogę i pod globusy, po porozkładanych mapach, wszędzie, aż pod drzwi i za wiadro. Mamrotała wtedy ledwo dosłyszalne słowa:
— Kiedyś to było zlodowacenie… a teraz, co?... to już tyle lat, że usta jak nóż silne i zimne… Patagonia… tumany kurzu… kobieta albatros… pamiętasz uzdrowisko w Andach?….
— Chlorofil tak tętnił w żyłach… żar łuski… kiedyś…..
Piętnastego października, hrabina udawała, że jej nie ma. Właściwie nie musiała zbytnio udawać. Siedząc na podłodze, na wielkiej mapie świata, dokładnie na Oceanie Lodowatym, grała w karty sama ze sobą. Nawiasem mówiąc, jeszcze nigdy nie wygrała. Kątem oka obserwując Melanię, razem z nią wędrowała po niewyraźnych zboczach argentyńskich Andów i pachnących żywicą uczuciach. Szyszka Melania jest wysoko urodzona, zdaje się na wysokości 2500 metrów nad poziomem morza. Góralskie pochodzenie widać było po silnej budowie ciała i dumnej posturze.

czwartek, 13 października 2011

Puchacz cz.2

Nadchodzący ranek rozmywa jego zbolałe ciało w szarości. W końcu zasypia zmęczony na obcym dachu. Rankiem wlatuje przez kuchenne okno, ponury jak gradowa chmura, zastając hrabinę przy śniadaniu. Siada na poręczy krzesła i patrzy, raz w prawo raz w lewo, na hrabinę, na prawy pazurek…, wyjmuje notes i coś mamrocze, że czasu tak mało, a tyle dziś do zrobienia…, w końcu zastyga i zerka na hrabinę. A hrabina wie, że już czas… idzie po ścierkę tę czarną w seledynowe trumienki i spokojnie wyciera Puchaczowi mokre piórka. Że niby w nocy padało…

­— Tak, tak… oczywiście, wiem — odpowiada hrabina.

— Słyszałam, że wichura pozrywała wszystkie kłódki w hrabstwie.

Potrafią się dogadać, w końcu to rodzina. Hrabinę bolą te nocne eskapady Puchacza, ma swój dom a lata do obcych! Nawet zamówiła już antenę telewizyjną, i zaleciła wykonać przytulną budkę na dachu, by już nigdzie nie latał. Przeziębi się i będzie marudził. Już tak było kiedyś… A to muchę mu przynieś…

— A dlaczego to okno jest w tym miejscu?

— I gdzie do diabła są moje ulubione seledynowe klamerki?!

I tak dalej… Hrabina jest cierpliwa, prawdę mówiąc ma do niego wielką słabość. Gdy się tak awanturuje, wystarczy go łagodnie pogłaskać po brzuchu, natychmiast się uspokaja, oczy zachodzą mu kurzem, otwiera dziob i…, zasypia. Kupiła mu wideo i kolekcję filmów fantasy. Też je lubi. Siadają wieczorami przed lustrem i oglądają filmy, bawią się przy tym jak dzieci. Puchacz nawet hrabinę za warkocz pociągnie, a hrabina go za ogon i tak sobie żyją. Czasami hrabinę przygniata bazaltowy wiatr, i wszystko zastyga. Odchodzi wtedy na wrzosowiska. Śpi pod kurhanami, a niebo rozpada się na kawałki. Tak ma. Puchacz, chociaż szalenie zajęty, potrafi wtedy rzucić wszystko i szukać hrabiny po wrzosowisku. Szuka tak długo aż znajdzie. Opada powoli na ziemie by hałasu nie robić. Siada w kucki przy skamieniałej hrabinie i dyskretnie wciska jej w białą dłoń, starą wyrobioną pieczątkę.

— To moja ulubiona - mamrocze.

— Jest dla ciebie.

— Chodźmy do domu hrabino…, bo tak jakoś pusto w kuchni, i trumienki na serwetce zaczynają bez ciebie znikać….

Hrabinę chwyta wzruszenie, nic nie mówi, ale jest Puchaczowi bardzo wdzięczna. Obejmują się w pasie i szurając nogami wesoło wracają do zamku.

środa, 12 października 2011

Puchacz cz.1

Puchacz uważa się za materialistę, za pragmatyka. Lubi porządek i czyste szkło. Mówi, że jak coś jest napisane, to tak ma być i basta! Wierzy w słowo pisane i malowane, koniecznie zakurzone. Czysta, nowa książka to bubel. Hrabina doskonale to rozumie. No i liczy, Puchacz ciągle liczy… Przed piątą wieżą rosną dwie olbrzymie jarzębiny, mutanty z Andaluzji. Co miesiąc Puchacz dokonuje inwentaryzacji jarzębinowych liści. Liczy wszystkie skrupulatnie i bardzo się denerwuje każdą pomyłką. Kulki jarzębin też liczy, ale że nie za bardzo rozróżnia kolory, więc mylą mu się kulki z liśćmi i wtedy wpada naprawdę w szał. W szale wytrąca z siebie kurz. Gubi go wiele, a wraz z nim urodę i prestiż… Potem czuje się nieswojo jak nagi, taki czysty i świeży... Zawstydzony, bo odkurzony. Hrabina dyskretnie podpisała z Sowa Uszatką umowę o dzieło, by policzyła kulki jarzębin i w ten sposób odciążyła Puchacza. Hrabina wytłumaczyła Puchaczowi jak umiała, że to zbyt prozaiczne zajęcie jak na jego talent. Spojrzał, pomyślał, odkaszlnął i powiedział: — dobrze.

A wszystko przez jego gorące serce, obite kiedyś boleśnie gumowym młotkiem. Puchacz mózgowiec… hmm…To wszystko pozory. Czasami widać go, jak nocą krąży bez celu po granatowym niebie. Zatacza kółka nad zamkiem gubiąc przy tym osobiste zapiski. Hrabina zbiera je rano i nadziewa na szara nitkę. Nic nie może zginąć u von Skrzatów. Puchacz, w takie noce potrafi zniknąć. Widują go nietoperze, jak u sąsiadów na dachu, przytulony do anteny telewizyjnej, wsłuchuje się w brazylijskie seriale i szlocha bezgłośnie. Ogromne łzy spływają po upierzonej piersi. Nawet nietoperzom robi się jakoś nijak wtedy, chociaż twarde są bo z górniczego rodu pochodzą. Puchacz potrafi zastygać przy antenie na całe godziny. Marzenia o księżniczkach, uroczych podwieczorkach, kwiatkach kwitnących pod oknem, które podlewa rankiem ukochana Puchaczowa, a on z uśmiechem wyciera sobie dziób serwetą….

wtorek, 11 października 2011

Jeden zwykły dzień cz.2

...za to czarująco kosiła trawnik w butach do konnej jazdy. Życie miłosne hrabiny… któż je zna. Tylko nocne ćmy i posępne kandelabry odbijały w sobie trzepot jej serca. Fakt, cierpiała na arytmię. Czasami tak dygotała, że aż musze gówienka odpadały ze starych portretów. Moje zdjęcia, moje wspomnienia… mruczała, zbierając musze odchody. Bo to wcale nie tak. Powiem wam jak… Czasami hrabina nie mogła spać. Wyciągała wtedy z szafy białą kołdrę po prababci, wtulała się w nią dokładnie, w jej zatęchły, duszący odór minionych wieków. Lubiła te chwile. Ciemność, ćmy, zaduch i błysk fleszy. Wpatrywała się w ciemność i zaczynały napływać obrazy. Wyłaniały się krzywe linijki, zastygłe w tańcu pomidory, upadłe gwiazdy walające się bezładnie po trawniku, jakieś laczki wujka Ernesta, każdy z fantazyjnym monogramem… formy do ciasta i formy bez treści. Środek nocy.

Wtedy przylatywały wielkie, poważne ćmy w okularach przeciwsłonecznych. Przysiadały na oderwanych tapetach, wyciągały z kieszeni maleńkie cyfrówki i zaczynały robić zdjęcia. W stronę hrabiny błyskało tysiące małych gwiazdek. Od tysięcy fleszy uwalniały się z tapet wolne elektrony. Podmuchy wiatru unosiły je przez okno, w dal, do wsi, za kościół, dalej, za przystanek pekaesu… do wielkiego miasta, gdzie ruch i wielkie możliwości. W taką bezsenną noc powstawały setki zdjęć, maleńkich jak ziarnka piasku, ale za to o znakomitej rozdzielczości. Ćmy naklejały je później na portretach przodków. Powstała pokaźna kolekcja. Duma hrabiny i wszystkich jej krewnych. Von Skrzatowie potrafią cenić sztukę. Ale nie tylko owady mieszkały z hrabiną. Na lewo od huśtawki, w piątej, wschodniej wieży zamieszkał pewien Puchacz. Najpierw spoglądała na niego podejrzliwie, ale kiedy wleciał do kominka, wytknął głowę i zawołał:

— A kuku!! — odetchnęła z ulgą.

— ­­­­To swój — pomyślała.

Puchacz jak każdy milczek był namiętnym gadułą. Uwielbiał kurz i kółka dyskusyjne. Tak się zapalał w dyskusji, że szumem skrzydeł rozwiewał hrabinie szesnaście misternie ułożonych włosów. Nie gniewała się, też ma swoje pasje i wie jak to jest. Puchacz był skryty, co można było dostrzec po awanturniczym charakterze, skrywanym za soczewkami w biedronki. Był kiedyś zraniony, i trochę to było widać i czuć. Pod piórkami nosił kołnierz ortopedyczny na biodrach. Każdy jest, jaki jest, hrabina to wiedziała i nie zaglądała puchaczowi do dzioba. Dla wszystkich starczy miejsca. Amen.

 

Jeden zwykły dzień cz.1

Pewnego dnia pękło niebo. Zrobiła się szczelina. Metaliczny blask w formie tasaka przeciął całą wyżynę. Hrabina podniosła wzrok znad kowadła. Srebrny młoteczek zawisł nieruchomo. To już drugi raz w tym tygodniu, pomyślała. Lutownica jest w kotłowni, nie teraz, pomyślała. Dokończę najpierw Melanię. Szybko, więc wyklepała do końca bolące halluksy Melanii, zdjęła ostrożnie jej małą, pokrytą łuskami stopę z kowadła i odłożyła na wacik kosmetyczny. Kowadło to spadek po dziadku hrabiny. Dobra rzecz. Tak naprawdę służyło tylko do jednego celu, do klepania głupot. Rzecz nader poważna u von Skrzatów.

Klepanie mają w genach, to i obowiązek jak i wielka przyjemność. Hrabina Anna von Skrzat miała wiele przymiotów, jak i przedmiotów. Niezrównanie skakała na skakance, najzręczniej ze wszystkich dobijała ranne ptaszki o poranku swą podręczną miserikordią. Kochała się w misternych przedmiotach pierwszej i szesnastej potrzeby. Wszystko ma swój cel, widziała o tym. Przed śniadaniem lubiła się przechadzać korytarzami swego zamku, niezliczone galerie, krużganki, słyszały stukot jej obcasów. Echo niosło się po sklepieniach, odbijało matowo od wielkich drzwi, zalegając w końcu w cynowych nocnikach, nieużywanych od dawna, zarośniętych morską trawą i tymiankiem. Cisza rozlewała się jak mokra kołdra. Hrabinę przechodził w takich momentach dreszcz szczęścia. Szła, więc do omszałej łazienki i dwie godziny czesała włosy. Były rzadkie. Było ich szesnaście, rozdzielone równo przedziałkiem. Wymagały uwagi i pielęgnacji.
 Hrabina nie była zbyt urodziwa, ale