Gabloty emanują subtelnym, kobaltowym światłem o wysokich niezdrowych częstotliwościach. Młode orły dostają od tych iluminacji wysypki na lotkach, przez co nie mogą ćwiczyć a to niedobrze, bo czas ucieka.
Orły zamieszkujące niewyobrażalnie wysokie góry są bardzo muzykalne i boją się latać. Za to świetnie się wspinają, chociaż tego nie lubią, wolą muzykować i to w rodzinnym gronie. Mieszkają wysoko na nagich skałach. Wysoko, ale komfortowo w gipsowych, olbrzymich donicach pomalowanych w kolorowe szlaczki. Donice, syrena okrętowa na korbkę i dwa pianina to pamiątka po ryczącym jak dziecko tornadzie, które przewaliło się ponad górami pewnej wiosny rzucając tu i tam przedmiotami nie z tego świata. W donicach zamieszkały królewskie ptaki, syrena zawisła na wielkim różanym kolcu a pianina utonęły w cytrynowym jeziorze. Piękne orły noszą złote pancerze i grają tylko na wiolonczelach. Zaczynają grać wraz z pierwszymi płatkami śniegu, kiedy nadchodzi czas kiełkowania fasoli. Przy posępnych dźwiękach orlich wiolonczel, białe otoczaki walające się kupami nad brzegami jeziora milkną i zaczynają powoli pękać a na ich małych, kamiennych ciałkach pojawiają się szczeliny. Zaczyna się czas narodzin. Z rozpękniętych kamieni wyrastają z błyskawiczną szybkością kłącza fioletowej fasoli. Bujając się, rosną wzwyż i nabrzmiewają wraz z dźwiękami muzyki. Napęczniałymi, młodymi strąkami przebijają opadające wolno, wielkie jak prześcieradła płatki śniegu. Wszystko toczy się z błyskawiczną powolnością. Rzecz niejasna dla syreny okrętowej.
Syrena była modelem starego typu, tylko korbkę i włosy miała nowej generacji. W nowych tytanowych włosach bez zapachu było jej nawet do twarzy. Czasami, gdy syrena wyła sobie do księżyca z nudów albo rozpaczy, tytanowe włosy zaczynały iskrzyć, co powodowało łuszczenie się farby na syrenim twardym karku. Nikogo to jednak nie obchodziło. Wszystko się kiedyś w końcu złuszczy. Dolinę wypełniało ciemnoniebieskie światło albo ciemnoniebieski mrok. Syrena straciła rachubę czasu. Siedziała na piętnastym różanym kolcu od dołu i machając bosymi stopami cyny z ołowiem, myślała o wigilijnym stole i żółtej farbie olejnej. Szelest rosnącej fasoli pochłaniał ostatnie zaspane atomy żółtego światła. Wpadły nieopatrznie do doliny odbite od złotych, orlich pancerzy. Szalały po liniach prostych szukając wyjścia na świat. Niestety wyjścia nie było. Zmęczone, spowolniałe światło w końcu ugrzęzło pomiędzy kołującymi powoli gablotami powietrza. Szklane gabloty zgniatały z czasem świecące atomy w maleńkie, wyblakłe plasterki. Wiatr unosił plasterki tu i tam. Ponad góry, do Chin, do słońca, do domu.
— Wyć albo nie wyć? Oto jest pytanie? — wyszeptała do siebie zaspana syrena, jednocześnie drapiąc się po rdzewiejących piersiach.
Nagle syrena naprężyła przewody i zachrobotała powiekami. W końcu niebo jest jedno a miesięcy dwanaście. Niebo też jest samotne - uśmiechnęła się syrena, po czym z mocą wlepiła bladą twarz w ciemne niebo. Twarz syreny niezwykle mocno przylepiła się do nieba. Trzyma do dzisiaj. Mijał czas za czasem. Zardzewiałą syrenę oplotły kłącza fasoli. Mała blada twarz przylepiona do bezkresnej, ciemnej twarzy nazywana jest od tej pory księżycem.
Ale to się kiedyś zmieni i niebo znów będzie samotne.
Nastała cisza i bezruch.
Tylko dwa pianina przechadzały się dyskretnie po dnie cytrynowego jeziora.


















