sobota, 31 grudnia 2011

Cytrynowe jeziora 2

Gabloty emanują subtelnym, kobaltowym światłem o wysokich niezdrowych częstotliwościach. Młode orły dostają od tych iluminacji wysypki na lotkach, przez co nie mogą ćwiczyć a to niedobrze, bo czas ucieka.
            Orły zamieszkujące niewyobrażalnie wysokie góry są bardzo muzykalne i boją się latać. Za to świetnie się wspinają, chociaż tego nie lubią, wolą muzykować i to w rodzinnym gronie. Mieszkają wysoko na nagich skałach. Wysoko, ale komfortowo w gipsowych, olbrzymich donicach pomalowanych w kolorowe szlaczki.
            Donice, syrena okrętowa na korbkę i dwa pianina to pamiątka po ryczącym jak dziecko tornadzie, które przewaliło się ponad górami pewnej wiosny rzucając tu i tam przedmiotami nie z tego świata. W donicach zamieszkały królewskie ptaki, syrena zawisła na wielkim różanym kolcu a pianina utonęły w cytrynowym jeziorze. Piękne orły noszą złote pancerze i grają tylko na wiolonczelach. Zaczynają grać wraz z pierwszymi płatkami śniegu, kiedy nadchodzi czas kiełkowania fasoli. Przy posępnych dźwiękach orlich wiolonczel, białe otoczaki walające się kupami nad brzegami jeziora milkną i zaczynają powoli pękać a na ich małych, kamiennych ciałkach pojawiają się szczeliny. Zaczyna się czas narodzin. Z rozpękniętych kamieni wyrastają z błyskawiczną szybkością kłącza fioletowej fasoli. Bujając się, rosną wzwyż i nabrzmiewają wraz z dźwiękami muzyki. Napęczniałymi, młodymi strąkami przebijają opadające wolno, wielkie jak prześcieradła płatki śniegu. Wszystko toczy się z błyskawiczną powolnością. Rzecz niejasna dla syreny okrętowej.
              Syrena była modelem starego typu, tylko korbkę i włosy miała nowej generacji. W nowych tytanowych włosach bez zapachu było jej nawet do twarzy. Czasami, gdy syrena wyła sobie do księżyca z nudów albo rozpaczy, tytanowe włosy zaczynały iskrzyć, co powodowało łuszczenie się farby na syrenim twardym karku. Nikogo to jednak nie obchodziło. Wszystko się kiedyś w końcu złuszczy. Dolinę wypełniało ciemnoniebieskie światło albo ciemnoniebieski mrok. Syrena straciła rachubę czasu. Siedziała na piętnastym różanym kolcu od dołu i machając bosymi stopami cyny z ołowiem, myślała o wigilijnym stole i żółtej farbie olejnej. Szelest rosnącej fasoli pochłaniał ostatnie zaspane atomy żółtego światła. Wpadły nieopatrznie do doliny odbite od złotych, orlich pancerzy. Szalały po liniach prostych szukając wyjścia na świat. Niestety wyjścia nie było. Zmęczone, spowolniałe światło w końcu ugrzęzło pomiędzy kołującymi powoli gablotami powietrza. Szklane gabloty zgniatały z czasem świecące atomy w maleńkie, wyblakłe plasterki. Wiatr unosił plasterki tu i tam. Ponad góry, do Chin, do słońca, do domu.
            — Wyć albo nie wyć? Oto jest pytanie? — wyszeptała do siebie zaspana syrena, jednocześnie drapiąc się po rdzewiejących piersiach.
            Nagle syrena naprężyła przewody i zachrobotała powiekami. W końcu niebo jest jedno a miesięcy dwanaście. Niebo też jest samotne - uśmiechnęła się syrena, po czym z mocą wlepiła bladą twarz w ciemne niebo. Twarz syreny niezwykle mocno przylepiła się do nieba. Trzyma do dzisiaj. Mijał czas za czasem. Zardzewiałą syrenę oplotły kłącza fasoli. Mała blada twarz przylepiona do bezkresnej, ciemnej twarzy nazywana jest od tej pory księżycem.
           Ale to się kiedyś zmieni i niebo znów będzie samotne.
           Nastała cisza i bezruch.
           Tylko dwa pianina przechadzały się dyskretnie po dnie cytrynowego jeziora.

piątek, 23 grudnia 2011

Cytrynowe jeziora

Cytrynowe jeziora istnieją naprawdę. Leżą wysoko ponad chmurami w czystych, niedostępnych dolinach. W górach tak wysokich, że trudno je sobie wyobrazić. I rzeczywiście spora część masywu górskiego nie jest jeszcze wyobrażona, wiele łańcuchów górskich istnieje tylko w zarysie. Są ledwo naszkicowane i to przerywaną linią. Linia drży kreseczkami z zeszklonego powietrza a każda kreseczka odbija w sobie niebo i obracając się wolno wokół własnej osi, czeka. Bardzo delikatny zarys trzynastu dwudziestotysięczników można dostrzec o godzinie 16: 11 z platformy wiertniczej zezłomowanej przy wyspie Mauritius. Potężne szczyty czekają na ludzką wyobraźnię, na kształt, kolory, śnieżne czapy i funkcje tektoniczne.
           Ażurowe górskie doliny cierpliwie gładzą się po pępkach, oczekując narodzin własnej zmysłowości. Cytrynowych jezior nikt nie widział. Znamy je tylko z ustnych, ptasich opowieści. A co z dzioba to i z serca. Niebieskie ptaszki pochodzą z nizin, latają nisko i od niechcenia. Plotkarstwo mają w genach. Spadek po otyłych, znudzonych tyranozaurach. Chude tyranozaury nie lubiły ludzi i miały blade, niespokojne twarze artystów. Szarpał nimi niepokój, najprawdopodobniej niepokój o przetrwanie. Notorycznie obgryzały pazury, aż w końcu im zanikły. Drapieżnik bez paznokci nie przetrwa. Chude tyranozaury umierały w biegu. Przegrały walkę o przetrwanie pożarte przez wyrzuty sumienia. Na ich ciałach wyrosły pelargonie złociste w kryształowych wazonach. Pelargonie i wazony dały początek prężnej populacji, wykorzystanej miliony lat później do celów zdobniczych przez nowy dominujący gatunek.
Niebieskie ptaszki zasłyszały opowieści o majestatycznych górach od purpurowych lilii z Kairu. Te zachwycające śnieżnobiałe kwiaty lubiły dużo mówić. Właściwie nigdy nie przestawały. Były trochę egzaltowane, więc nie uwzględniały w swych opowieściach odkurzaczy, pogrzebaczy i kolei żelaznej. Za to kochały się w pustynnych mirażach, tłustych obłokach otulających górskie szczyty, i muzykalnych orłach w złotych pancerzach. Lilie wchłaniają obrazy widziane oczyma deszczu, który znają tylko z opowiadań. Od deszczu dowiedziały się o niewyobrażalnie wysokich górach z cytrynowymi jeziorami. Szczególnie skupiły się na pięknych opisach górskiej przyrody. Budowę geologiczną i numeryczne właściwości skalnych szczelin puściły mimo uszu. Tak robią wszystkie lilie od wieków, dlatego są takie ładne. Pewien niebieski ptaszek, o łagodnych oczach i dobrej dykcji opowiedział, co następuje:
Niewyobrażalnie wysokie góry posiadają szczyty nagie i ubrane. Nagie - są piękne, zimne i niegościnne. Ubrane - porośnięte aksamitnymi płachtami czarnych mchów są starsze, co nie znaczy, że mądrzejsze i również niegościnne.
Na stokach gór lśnią czarną zielenią kolczaste słupy, łodygi gigantycznych rdzawozłotych róż. Wiecznie młode i wiotkie róże rzucają z łoskotem perłowe cienie. Cienie są długie i silne. Przecinają całe zbocze zgniatając po drodze czarne mchy, nagie skały i wesołe, białe kamienie. Zatrzymują się dopiero na dnie doliny, na brzegu jeziora. Perłowe cienie nie znoszą wody. Perłowe wspomnienia związane z wodą są zazwyczaj kuliste i ciepłe.
 Róże, kołysząc się majestatycznie na wietrze, skrzypią i trą o rozrzedzone powietrze. Powietrze w dolinach jest tak rzadkie, że przechowuje się je w szklanych gablotach zamkniętych na zielone kłódki. Zapowietrzone gabloty dryfują płynnie i z godnością jak salonowe lwy na cesarskim balu. Suną po kolistych torach, dlatego w dolinach oddycha się na okrągło...

sobota, 17 grudnia 2011

Lisica

Pogoda była piękna. Ocean był spokojny. Powierzchnia wody mieniła się niebieskim srebrem. Na niebie lśniła rozprażona blacha. Drobne falki uderzały z pluskiem o brzegi stołu bilardowego, który kołysał się bezmyślnie na powierzchni oceanu zatopiony w wodzie i myślach. Dobrze polakierowane, stołowe myśli, nie rozpadają się ze starości. Stół wystawał dwadzieścia pięć centymetrów ponad poziom wody. Wokół niego rozciągała się nieskończona tafla lśniącego oceanu. Wspaniały stół został wyciosany z jednego pnia drzewa chlebowego i natarty chińskimi trującymi grzybami, co gwarantowało odporność na działalność korników i wysokich temperatur. To był standard. Ekskluzywne modele w skrócie ESB, montowane w samolotach pasażerskich i białych transatlantykach miały dodatkowe zabezpieczenia. Zmodyfikowane Ekskluzywne Stoły Bilardowe były odporne na uderzenia kropel deszczu i drobnych meteorytów. Przez zastosowanie sekretnego balastu były idealnie wyważone a przez to niezatapialne.

Sekretnym balastem był polny kamień dobrze uleżały w jałowej ziemi i pyle. Dusza polnego kamienia jest najlżejszą konstrukcją we wszechświecie. Próżnia doskonała jest przy niej jak żeliwny bolec wbity w leśne echo. A poza tym jest kanciasta i pełna wirujących ciężarków eteru. Dzięki właściwościom kamiennej duszy zatopienie Ekskluzywnego Stołu Bilardowego jest niewykonalne w żadnym z dostępnych i niedostępnych wymiarów.

Stół bilardowy dryfował już trzynasty tydzień. Niesiony wschodnio - mongolskim prądem opłynął Alaskę, po czym eskortowany przez słonie morskie ruszył na Pearl Harbor. Później zmienił kurs i ruszył w stronę wyspy Edwarda Krzywoprzysiężcy, by znaleźć ukojenie i ciszę. By zapomnieć gwar starego świata i butwieć na plaży jak każdy porządny mebel. Porządnych mebli na wyspie Edwarda Krzywoprzysiężcy było mnóstwo. Dostojne i fikuśne, cenne i byle jakie, subtelne i koślawe drewniane zjawy zajmowały sporą jej część. Gniły i pęczniały od wilgotnych, gęstych nocy, rozsychały się z trzaskiem, pod naporem maszerujących w południe krabów, wzdychały leniwie, drapiąc się zasolonymi zawiasami a wieczorami szczerzyły wysunięte szuflady do ogromnego, pięknego nieba. Wyblakłe, zapadnięte brzuchy sof i kanap upstrzone gówienkami mewy śmieszki drapały sprężynami poranne niebo. Mewa mieszkała na wyspie i czuła się nieswojo. Rzeka, na której brzegach spędziła dzieciństwo i szalone młode lata wyschła dwa lata temu.

Rzeka wypływała spod czerwonej skały i miała grubość dwóch ołówków. Dla obcych niezauważalna, dla mewy śmieszki była całym światem. Jako ostatni widział mewę pewien kuchenny taboret o trzech nogach i dziurawym siedzisku z dykty. Mówił, że stała po kolana w wodzie, pióra miała rozwiane, emocje rozchwiane i płakała przejmująco. Mewa śmieszka była smutna. Pewnego dnia zniknęła meblom z oczu. Zniknęła na zawsze. Najprawdopodobniej zasnęła w różowym kredensie bawiąc się starym guzikiem i zapomniała się obudzić. Mewy czasem tak mają. Zresztą, kto ją tam wie. Wyspę omijali ludzie, żółwie i wiatr. Wyspę Edwarda Krzywoprzysiężcy kochały tylko zmęczone życiem i zużyciem meble.

 Gdzieś na końcu świata, z mebla duch ulata

Pulsowanie słoi wygasa powoli

 Tekst na starym transparencie wywieszonym u wejścia do portu, bardzo już wyblakł. Oczywiście port był drewniany i dawno już zgnił.

 Wyspa Edwarda Krzywoprzysiężcy miała formę drewnianej ekierki. Składała się w dziewięćdziesięciu dziewięciu procentach z bardzo ładnej, piaszczystej plaży. Pozostały jeden procent należał do krzewu dzikiej róży i czerwonej skały. Róża i skała wyrastały z piasku na samym środku wyspy, miały po dwa metry wysokości, i sprawiały wrażenie schludności i zdrowia. Tchnęło od nich serdecznością i łagodną białą samotnością.

Nasz stół bilardowy nieustannie płynął na południe. Piętnastego kwietnia wpłynął na wody Seledynowego Czworokąta. Mijała środa za niedzielą, niedziela za środą. Czas zwijał się w ledwo widoczne fałdki. Grubiały w ciszy i rozłaziły się na wszystkie strony. Każda fałda pełna była wspomnień albatrosów i beztroskiego śmiechu hiszpańskich inkwizytorów, którzy potonęli na tych wodach czterysta lat wcześniej niż transatlantyk Wercyngetoryks. Z tym ostatnim sprawa była niejasna, mimo iż był jasny a właściwie biały. Za biały na te wody. Zatonął w środę, w słynnym Seledynowym Czworokącie na wschód od równika. Szukano go już w czwartek, czyli za wcześnie. Bez znajomości specyfiki okolicznych wód i seledynowych dni akcja ratunkowa zakończyła się niepowodzeniem. Piękny liniowiec, załoga i pasażerowie zniknęli bez śladu.

Blat stołu bilardowego obciągnięty był pięknym oliwkowozielonym suknem. Na stole nie było ani jednej bilardowej kuli. Potopiły się. Na stole znajdowała się tylko jedna, jedyna rzecz. Jedna, ale za to porządna. Miała styl i ciężar gatunkowy. Była antykiem z niemieckiej, solidnej porcelany. Lis, a właściwie lisica była naturalnej wielkości i barwy, stała dumnie prawie na środku stołu patrząc czujnie czarnymi, błyszczącymi oczkami na południowy- wschód. Wspaniałe zwierzę było ulubionym bibelotem pięknej Elfrydy Sanchez, młodej i znanej już twarzy peruwiańskiej telewizji. Przepiękna lisica przynosiła jej szczęście w miłości i odstraszała mole. Elfryda Sanchez płynęła wysmukłym Wercyngetoryksem do Holandii na urlop. Chciała pozbyć się dręczącej ją od sześćdziesięciu lat depresji. I pozbyła się jej, wraz z całą resztą. Jej znaną twarz wkrótce zapomniano. Z katastrofy morskiej ocalała tylko porcelanowa lisica i ekskluzywny stół bilardowy.

Na maleńkim zielonym prostokącie jak na przydomowym trawniczku, ognistoruda nieruchoma lisica podążała w nieznane. Bez kompasu i trwogi, w szaro-złotym blasku słońca przekroczyła zwrotnik raka i zniknęła.

piątek, 9 grudnia 2011

Listopadowe wieloryby 6

Czerwone od czereśni. Grenlandia to kraina lodu. To wersja dla turystów i lodołamaczy. Prawdę znają tylko wieloryby i tłuste domowe koty. Krewniacy w prostej linii. Koty i wieloryby mają identyczne futra aksamitne i puszyste. Skromne wieloryby noszą je do wewnątrz a lubiące przepych koty na zewnątrz. Różnica jest subtelna prawie niezauważalna, tak naprawdę to w ogóle jej nie ma, dlatego ludzcy przyrodnicy natychmiast zbudowali na niej teorię ewolucji. Grażyna wie nie od dzisiaj, że ludzie uwielbiają się zajmować tym, czego nie ma a poza tym są tacy mali i najprawdopodobniej spokrewnieni z polipami.
               Wielorybica Grażyna jest wielką estetką, dlatego często przewraca się na plecy i płacze. Tryskając wysoko gejzerem łez zatapia przelatujące nad nią mewy. Wielorybica Grażyna jest krótkowidzem, martwe ciałka mew unoszące się wokół niej na wodzie bierze za plantację narcyzów. Nucąc piosenkę o zatopionych świecach wyławia z morza białe kwiatki, silnymi palcami płetw zgniata je w wielkie bukiety, bukiety układa sobie na brzuchu i udaje, że jest zagubionym katafalkiem, katafalkiem szukającym drogi do domu…
               — Albo może utopię się w stawie? — A welon mój złocisty poniesie wiatr na pola — zmieniła nagle zdanie rozmarzona Grażyna. Na pola pełne słońca, pyłu i kłujących ostów. Grażyna wzdrygnęła się powodując średniej wielkości falę tsunami. Odruchowo nawilżyła mięsiste usta i ogromne czoło mokrą płetwą. Wybujała wyobraźnia to bardzo wielorybia cecha. Pieśń o zatopionych świecach to bardzo stara i długa historia. Wielorybi mit. Zatopione świece były przodkami wielorybów, miały wielką moc i lubiły hazard. W legendarnej partii pokera rozegranej dawno temu, gdy woda morska składała się tylko z jednego atomu wodoru przegrały w karty dwa zestawy genów. Przegrały z Pustynnymi Wiórami. Dwa nowiutkie zestawy genów odmieniły Pustynne Wióry nie do poznania. Wydobyły z nich kobiecość. Zmodyfikowane Pustynne Wióry stały się Morskimi Warkoczami i zamieszkały w oceanie, warkocze były blondynkami i nosiły świecące pasy ze stearyny na biodrach. Przegrane świece do dziś gryzą się w głębinach świecąc przy tym oczami. Cóż… za błędy przodków niekiedy płaci się bezkresną otyłością i talentem aktorskim.
                18 listopada stado błyszczących kolosów minęło Wrzosowy Klif, na szczycie klifu stała maleńka figurka. Hrabina Anna von Skrzat przygotowała się na tę chwilę starannie, obcięła paznokcie, spryskała dezodorantem sandały. Stała nieruchomo jak skała czy raczej jak skałka, bo nieduża była, tylko lewą rękę uniesioną miała wysoko i machała nią w prawo i w lewo.  
            Tik-tak, tik-tak… klekotała arystokratyczna ręka jak wahadło w starym zegarze. Lewa ręka hrabiny nieoczekiwanie kończyła się dłonią a dłoń kończyła się miserikordią.
             Tik-tak, tik-tak, tik-tak… Miserikordia błyszcząc w słońcu gibała się tam i z powrotem. Hrabina machała do wielorybów rodzinnym klejnotem. Zapachniało wrzosami. Wzruszona spotkaniem hrabina nie zapłakała za to zapłakała Grażyna, zapach dezodorantu szczypał ją w oczy ze wzruszenia.
            — Witaj mała arystokratko — zaśpiewała przeciągle wielorybica.
            Za chwilę śpiew rozlał się spiralami po niebie i wodzie. Ze wszystkich wielorybich gardeł buchnęła pieśń. Wielorybica opuściła z hukiem powieki. Czego nie widać tego nie ma. Czego nie ma tego zepsuć się nie da. Grażyna śpiewała jak natchniona. Magnetyczna, smętna pieśń wiła się ciężkimi, oleistymi wstęgami. Wznosiła się i opadała łagodnie. Potężniała z chwili na chwilę. Coraz cięższa i piękniejsza. Sto metrów nad wodą rolowała się jak wielka płachta powoli i zmysłowo ocierając się o morskie powietrze spływała w dół jak betonowy dywan, by bezszelestnie odbijać się o fale i śpiewające olbrzymy. Czarowna pieśń wielorybów wydawała się rozległa jak wszechświat, wydawała się zapraszać do dawno zapomnianej krainy przykrytej eonami czasu. Wciągała jak sen, z którego nie można się obudzić. Hrabina nagle zatęskniła za domem. Bardzo lubiła tęsknić za domem, ponieważ nigdy go nie opuszczała, dlatego też przychodziła w listopadzie na klif. Nie ma w całym wszechświecie większej tęsknoty za domem niż ta wpleciona w pieśń wielorybów. Hrabina schowała miserikordię do plastikowej reklamówki podciągnęła rajstopy i pobiegła do zamku.
               Wieloryby powoli odpłynęły na północ. Pieśń przycichała. Szum wiatru przechodził w łagodne wycie, tarmosił karłowate wrzosy porastające równinę wokół zamku. Rozległa posiadłość powoli nie popadała w ruinę. W oknie zamkowej biblioteki maleńką poważną twarz rozciął ostatni błysk zachodzącego słońca. Melania powoli podrapała się w policzek. Z nieba zaczęły spadać ciężkie krople. Po chwili szumiący miarowo deszcz przykrył świat brudną folią. Szara cisza ziewnęła i popatrzyła na Melanię jakby wyczekująco.
           Szyszka siedziała na parapecie okna z założonymi rękami. Jak zawsze. Oczy utkwiła w gazecie..
           Konsumenci domagają się więcej wideł na pilota!
           Duży, czarny nagłówek przekrzykiwał szum deszczu. Najbardziej poruszył Melanię wykrzyknik może, dlatego że kiedyś pięknie grała na tamburynie? Szara cisza w końcu zebrała się w sobie i pociągnęła na wrzosowiska omijając pięciopasmową obwodnicę. Melania kopnęła znienacka gazetę potem jeszcze raz i jeszcze…. Gdy wykrzyknik w końcu odpadł odetchnęła z ulgą. Po dwóch dniach odpoczynku podniosła go ostrożnie i stępiła. Pleśń z łydek najlepiej zeskrobuje się tępym wykrzyknikiem. Melania zabrała się za pedicure. Do Wigilii grube łydki Melanii były jak nowe i znacznie szczuplejsze..
              A tymczasem wieloryby były już u brzegów Grenlandii. Nareszcie były u celu. Szepcząc między sobą czekały na czereśnie. Już za chwileczkę... Już za momencik… W końcu stado czereśniowych drzew ukazało się na lodowcu. Drzewa jak młode źrebaki zbiegały na wyścigi na brzeg oceanu. Od razu było widać, że to młody sad. Zdyszane czereśnie dopadłszy wody natychmiast zanurzały w niej głowy. Następowało coroczne mycie głów. Uciechy i radości było przy tym, co niemiara. Beztroska młodych czereśni jest szeroko znana pod kołem podbiegunowym. Ach ta młodość… Czochraniu, parskaniu i wytrząsaniu owoców nie było końca. Woda przy brzegu coraz bardziej lśniła czerwienią. Czereśniowych owoców przybywało. Karminowe płachty powoli odbijały od brzegu kierując się na otwartą wodę.
              A tu czekały na nie wieloryby. Wspaniałe kolosy uwielbiały smak czereśni. Wyławiały je więc garściami i wpychały w zachwycie do przepastnych ust. Wieszały je sobie na uszach, wpychały do pępków. Rozgniatały na miazgę lepkimi od soku płetwami. Umorusane na twarzach pstrykały sobie pestkami po oczach czasem je wybijając a czasem nie. Słodki sok rozbryzgiwał się na szczęśliwych, wielkich twarzach, spływał z potężnych warg, migotał w słonych falach. Nie ma radośniejszego widoku niż wieloryb jedzący czereśnie. Nie ma szczęśliwszej istoty niż listopadowy wieloryb.

 

wtorek, 29 listopada 2011

Listopadowe wieloryby 5

Nikt na to nie zważa. Zachwycony tłum wciąż domaga się swoich idoli. Nasz aktorski duet, daje więc z siebie wszystko. Czas i pieniądz wprost wypruwają sobie żyły by uczyć, bawić i wzruszać.  Nawiasem mówiąc wypruwają je bilami bilardowymi by rany były krąglejsze i cóż tu mówić po prostu ładniejsze. By widownię rozjaśnił także uśmiech dziecka. Przedstawienie trwa ciągle. Nieustannie. Wciąż i za wszelką cenę. Czas i pieniądze nie grają tu roli.
            Ale grają tam, a właściwie gra tam, czas. Czas gra rolę nad oceanem bo sosny czekają na listy. Szukają ich wytrwale.  Czasem wpadnie jakiejś sośnie w gałęzie w miarę suchy list. To prawdziwy skarb. Oglądany potem i czytany przez rok przez cały sosnowy las. Brytyjskie krzewy ozdobne potrafią ładnie i obrazowo pisać o kryzysie walutowym, deszczach i zaparciach królowej z równą elegancją. Patagońskie sosny wysoko cenią sobie korespondencję z Europy. Skrycie zazdroszczą europejskim różom wykształcenia, neonów, dezodorantów i wymyślnych narzędzi ogrodniczych. Ale z drugiej strony.. Dobre pustkowie nie jest złe. Niczego tu nie ma więc nie ma czego sobie odmawiać. Głowa tu nigdy nie boli a nadwaga znana jest tylko z ulotek. Patagońskie minusy mają swoje plusy. Niektóre sosny nie wracały w rodzinne góry. Niektóre zrzucały gałęzie i korę i zupełnie nagie rzucały się w fale jak kłody. Odpływały, by zakosztować życia wielorybiej biżuterii.
             Ogólnie rzecz biorąc wieloryby nie nosiły ozdób. To kolosy bez wcięcia w tali. Nikt nie wie gdzie żywa wyspa ma biodra. Podarowanie małemu kaszalotowi kowbojskiego pasa byłoby, więc nie na miejscu. Tak samo nie sprawdziłby się skafander i tusz do rzęs. Lśniące kolosy poruszają się z niezrównanym wdziękiem i szybkością gwiezdnych konstelacji. Wieloryby pochodzą z Planety Milionów Lat i od niepamiętnych czasów przemieszczają się tunelami międzywymiarowymi. Opływają galaktyki, mgławice i stada krzykliwych komet. Wieczni podróżnicy czasoprzestrzeni, opasłe i majestatyczne, tylko one potrafią wprawić w drżenie czarną materię sikając w kucki do czarnych dziur. Niezwykłe, zagadkowe i bez kompleksów. Na skrzyżowaniach tuneli miedzy wymiarowych czekają na podróżników podręczne szafki. Szafki unoszą się w próżni idealnie dopasowane do niczego. Zawierają akcesoria niezbędne do przemieszczania się tunelami do nieskończonych wszechświatów.
              Każda szafka posiadała Przybornik Walenia, żelazny zestaw w trzech szufladkach. Trzy szufladki, trzy działy: konserwatorski, ratowniczy i naukowy. W pierwszej szufladzie znajdowały się: masa szpachlowa z antymaterii, spryskiwacz do kwiatów i białe lakierki z diamentowymi obcasami. W drugiej: płaszcz i szpadel, puszka chałwy, gwóźdź do trumny i okno z deszczem za oknem. Zestaw naukowy: zeszyt w fale, długopis, kółko i krzyżyk. Ważne rzeczy. Grażyna znała je na pamięć. Odbyła już wiele podróży. Dużo widziała, nie schudła i była najprawdopodobniej mądra.
              Wielorybica Grażyna przymknęła oczy. Było cicho. Kołysała się leciutko na powierzchni oceanu. Fale wokół szemrały jak deszcz w listopadowym lesie. W trzecim wymiarze Grażyna zawsze odczuwała nacisk na jelita, stękając obróciła się, więc na plecy. Z jej rudych loków wysunęła się bezgłośnie wsuwka do włosów, plasnęła o wodę, zanurzyła się i za chwilę wypłynęła. Sosna popatrzyła drewnianym wzrokiem za oddalającą się wielorybicą. Niełatwo być wielorybią biżuterią. Grażyna oczywiście niczego nie zauważyła. Płynęła beztroska, zamyślona, zapatrzona w dal. Wielorybica Grażyna była coraz większa i starsza. Piękniała z roku na rok. W listopadzie uśmiechała się szczególnie szeroko. W listopadzie wraz ze stadem płynęła na północ pod czerwone grenlandzkie klify.

sobota, 26 listopada 2011

Listopadowe wieloryby 4

Dłoń ściskała w dłoni kurze jajo. Życie jest wieczne i przenosi się różnymi drogami. Poruszona znaleziskiem Grażyna, ofiarowała jajo stadu czereśniowych drzew, a te zabrały je ze sobą. Głęboko pod grenlandzki lodowiec gdzie pamięć o Życzliwym Ramieniu trwa do dzisiaj. Tę poruszającą, ciepłą historię szeptały sobie pod kołdrami małe, ciekawskie lodowce. W zimne grenlandzkie noce,opowieść rozgrzewała całe pokolenia lodowych maluchów. Z czasem opowieść stała się legendą a legenda mitem. Ale ładnie.
             Kutry wojenne nigdy nie szukały oparcia ani życzliwego ramienia. Były żołnierzami. Pływały w marynarkach wojennych i trzeba przyznać, że mundury ładnie na nich leżały. Sentymentalne duperele były kutrom obce. Znały tylko proste zapachy, smaru, potu i kapitańskiej latryny. U wybrzeży Patagonii kutry tropiły eskimoskich uchodźców. Zapuszczały się blisko brzegu, ponieważ Eskimosi byli mali i mieli paszporty z futra. Zapuszczone jednostki tropiące nigdy nie wracały do domu. Zaplątane w aromatyczną smugę zmieniały kurs. Zapach sztucznych kwiatów wabił je prosto w ramiona Znakomitego Gościa. To oczywiście metafora, pisarz już od dawna nie miał ramion tylko dwie obłe kluchy wygładzone przez ocean. Prując fale po żołniersku kutry wojenne waliły działami prosto w skałę, zdziwione i pogięte tonęły żegnane przez siedzące w kucki wysmukłe patagońskie sosny powiewające białymi chusteczkami z urwistego brzegu. Każda tragedia ma swój urok. Dramat żołnierza z kobietą w tle szczególnie jest wyrazisty, tak samo współczucie kobiety z żołnierzem w tle dobrze się ogląda. Nieszczęsne kutry znikały pod wodą bulgocząc zawadiacko na pożegnanie.
             Sosny rozprostowywały pnie i czochrały się o skały, wysokie i skrzypiące gapiły się później melancholijnie na nieskończoną wodę. W końcu rozłaziły się po plaży. Krótki jesienny dzień zaczął szarzeć, chłód i wilgoć wypełzały z oceanu na brzeg. Powoli oblepiały zaryte w piachu przedmioty wymyte z zatopionych wraków, wywalone na brzeg przez jesienne sztormy. Ściana siwych chmur sunęła od północy. Ominęła z respektem Znakomitego Gościa i zawisła szarym cieniem nad plażą. Sosny snuły się wzdłuż brzegu, spoglądały tu i tam, gubiły szyszki potykając się o żeliwne zlewozmywaki zaryte w piasku. Czasami macały duże torpedy o czerwonych czubkach lub z ciekawości przekłuwały igłami konserwy wieprzowe. Ryjąc plażę korzeniami rozgniatały dzienniki pokładowe, ręczniki, muszle klozetowe i fotografie narzeczonych obojga płci. Wszystko to było interesujące, ale nie za bardzo. Szukały czegoś innego. Listów.
Sosny dokładnie przetrząsały skrzynki walające się po wilgotnej plaży. Poczta przychodziła tu rzadko a skrzynki były nieszczelne. Listy szybko rozmywała morska woda. Czas odgrywał  więc tu wielką rolę. Rola czasu zawsze była wielka i jedna i druga. W jednej dłużył się w nieskończoność w drugiej udawał, że go nie ma. W tej ostatniej utkwił na dobre. Od jakichś dwustu lat udawał, że nie istnieje. To trudna rola wymagająca wiary w siebie i zaniku mięśni. Na scenie często towarzyszył Czasowi Pieniądz. Pieniądz był szanowanym aktorem uwielbianym przez tłumy. Gorąco oklaskiwany przez wieki obsypywany nagrodami rósł w oczach. Dziś utuczone popularnością monstrualne gałki oczne turlają się nieporadnie po scenie jak dwa oblodzone młyńskie koła. Z wysiłkiem puszczają oko do tłumów. Po potężnym mrugnięciu szybko uprzątane są ciała zabitych i rannych.
  

wtorek, 22 listopada 2011

Listopadowe wieloryby 3

           Był zabawką, małą i lekką jak piórko. Z łatwością, więc porwałby go patagoński wiatr. Obciążony kamykiem przetrwał na parkingu dwie wojny i trzy mutacje dzikiego kopru. A tak nawiasem mówiąc, Ernesto wykonał karoserię z blachy falistej, Jose zrobił koła ze zwiniętych w kłębek pustynnych węży a Elfryda dodała migacze z piór. Dzięki pomysłowości Ernesta do dziś biały kabriolet cieszy oczy pustynnych jaszczurek i szpiegowskiego satelity pracującego dla rządu Sri Lanki.
           Brudna, samotna Claudia jest dobrze znana Sri Lankijskim tajniakom. W szufladzie wielkiego rządowego gmachu leży jej mała kartoteka. Jako biała kobieta w kabriolecie jest dla wywiadu szczególnie podejrzana. Każdy jej bezruch jest natychmiast fotografowany przez satelitę, a dane odsyłane do centrali. Nieustannie trwa wymiana myśli i wrażeń. Z ziemi do nieba, z nieba na ziemię. W dzisiejszych czasach informacja to majątek. Kto to zrozumie stanie się kartoteką w białe mustangi na parkingu lalek.
           Ale to wszystko nie obchodziło już Jose Pampasa, był martwy i zaczęła boleć go głowa. Trumnę zabito gwoździami na amen. Nie miał, czym oddychać. Gdy usłyszał więc stłumiony szum fal, odetchnął. Już niedługo. Jeszcze parę minut i znajdzie się nad oceanem, gdzie woń Znakomitego Gościa czai się wśród skalnych rozpadlin. Cóż..a potem będzie jak zawsze. Strojny korowód zniknie w falach oceanu, by rozchlapać się na miazgę o twardy brzuch Znakomitego Gościa. Ale to już historia. Ładne rzeczy nie trwają długo. I słusznie. Bo gdy znikają są jeszcze ładniejsze. W listopadzie aromat Znakomitego Gościa robił się wyjątkowo mocny, wręcz zniewalający. Żaden statek nie mógł mu się oprzeć, ponieważ nie miał, o co ani o kogo. Wszędzie tylko woda i woda. Szukaj wiatru w polu. Ale to może innym razem. Statki nie znajdowały więc tu oparcia. Życzliwego ramienia także nie miał, kto podać. Właściwie to Życzliwe Ramię podawało się samo. Nie potrzebowało już ludzkiego nośnika. Samo było sobie sterem i okrętem. Cudem technologii, owocem badań, kwiatem cybernetyki, łodygą zmagań, ukwiałem marzeń, polipem sukcesu... Jednym słowem, było kończyną nowej generacji wykonaną na inteligentnych włóknach z marokańskiej maślanki. Naprawdę wspaniały ratownik i przyjaciel.

           Niestety, w listopadzie nie było go na tych wodach. I nic dziwnego, bo listopad to nie kwiecień. Jesienią, Życzliwe Ramię pchane silnym prądem, opływa Archipelag Brojlerów. To daleko, bardzo daleko. Wody tam są dzikie a kury niespokojne. Dlatego wody Archipelagu Brojlerów patrolują Automatyczne Tratwy Policyjne w skrócie ATP. ATP wygenerowała ostatni raport pięć dni temu. Podobno widziano Życzliwe Ramię w środę, wyglądało źle, było jakby zwiotczałe. Miało urwaną dłoń i nie odpowiadało na ostrzegawcze strzały. Głuche i nieme zniknęło w dali niesione przez złą wodę. Podobno dryfowało wiele lat wokół Archipelagu Brojlerów, aż kiedyś, pewnego wiosennego poranka rozdziobały go kruki i wrony. Została po nim tylko dłoń. Dłoń miała szczęśliwą rękę do wiatru który zaniósł ją daleko, daleko na północny-wschód. Szczęśliwie dopłynęła do Grenlandii gdzie wyłowiła ją Wielorybica Grażyna.


 


sobota, 12 listopada 2011

Listopadowe wieloryby 2

Zapach o właściwościach magnetyczno-narkotycznych był niezwykle silny.
Przywabiał kondukty pogrzebowe, kondory i kutry wojenne.
        Szkoda że okolica wyludniła się już dawno temu. Szykowne pogrzeby z muzyką i pompą rozweselały tę ponurą krainę. Kondukty pogrzebowe jak czarno-srebrne kwiaty rozkwitały niegdyś na zapylonych drogach i płaskowyżach Patagonii. Przepiękne czarne karawany ciągnięte przez równie stare, czarne rumaki sunęły wolno za chudym wiatrem na wyblakłe wrzosowiska.

Omijając od wschodu cmentarzysko wiewiórek kierowały się z wdziękiem na północ. Potem autostradą do słońca i już po godzinie przed oczyma ludzi, koni i kwiatów ukazywał się nieczynny „Parking Dzieci Sancheza”. Parking był ogrodzony i pod gołym niebem. Zajmował obszar 210 hektarów i był zupełnie pusty. Nad parkingiem latał olbrzymi wentylator, prawdopodobnie na pilota. Pilota nigdzie nie było. Wentylator najwyraźniej się miotał, najwyraźniej nie mógł się zdecydować co chce wentylować. Kondukt zatrzymywał się. Taka była tradycja. Ludzie, konie i kwiaty wyjmowali z toreb przekąski i napoje, oranżadę w proszku i koreczki z kiszonej kapusty. Posilając się, oklaskiwali kotłujący się wesoło brudny pył. To szalejący wentylator wzbijał wciąż nowe i nowe słupy piachu. I tak bez końca.
      Ale czas w drogę. Ludzie, konie i kwiaty poskładali leżaki w czarno-srebrne pasy i ruszali przed siebie. Karawan skrzypiał zawadiacko, żałobnikom wesoło trzaskało w stawach. Przygoda, przygoda… szeleściły sztuczne kwiaty. Kondukt kierował się w stronę oceanu, wentylator i parking zostawali sami, jak zawsze. Ale nie do końca. 21 kilometrów na północny-zachód w sektorze 118d stał zaparkowany biały Ford Mustang. Kabriolet z 1723 roku.
       Na przednim siedzeniu, od strony pasażera siedziała zakurzona lalka Elfrydy Sanchez. Lalka miała na imię Claudia. Mała Elfryda nazwała swą pupilkę na cześć słynnej chińskiej florecistki popularnej w latach dwudziestych w okolicach Islandii. Niezwykła Claudia była ulubienicą patagońskich dziewczynek ładnych parę lat. Claudia była zadbana jak na swój wiek. Siedziała w mustangu już jakieś osiemdziesiąt lat i nadal miała główkę i rączki. Korpusik także był nienaruszony, trzeba przyznać, że zachowała styl. Tylko te oczy zdziwione, nieruchome jak oczy lalki zdawały się mówić do brudnej szyby.
    - Mam brudne, zakurzone uda… samotność śmieci… wody… wody… nie tak miało być… Wątłe, lalczyne myśli ulatywały jak papierki od cukierków, szybko dopadał je wiatr, rwał na strzępy i unosił na wschód na Madagaskar, albo gdzie indziej, gdzie kraina czarna i skwarna. Wiatr nieustannie rzucał piachem z przyjemnością i celnie, bo i cóż robić na tym pustkowiu?
Rzucał w betonowy parking, w zdziczałe powietrze, lalce w twarz. Claudia zsiniała, ale fryzurę miała nienaruszoną, widocznie wentylator tylko zahaczał o sektor 118d. Nic więcej w aucie nie było tylko w bagażniku leżał zwykły szary kamyk. O istnieniu białego Forda Mustanga wiedziały trzy osoby. Elfryda Sanchez, jej brat Ernesto i Jose Pampas. Rodzeństwo Sanchez zniknęło lata temu, Jose właśnie znikał w oddali w błyszczącej trumnie. Nie było już nikogo, kto by pamiętał o białym mustangu, zagubionym wśród zimnych wiatrów i samotności. Całe szczęście, że mały Ernesto Sanchez osiemdziesiąt dwa lata wcześniej pomyślał o balaście i włożył kamyk do bagażnika. To był mądry zabieg, ponieważ biały mustang miał tylko 11 centymetrów długości.

sobota, 5 listopada 2011

Listopadowe wieloryby

Falujące pola wsuwek do włosów, migotały wesoło na powierzchni oceanu. Znacząc północny szlak migracji wielorybów, kłuły w oczy nadchodzącą jesienią. Listopadowe wieloryby, lubiły wsuwać sobie we włosy, patagońskie sosny. Wsuwka walenia miała około osiemdziesięciu metrów długości. Była silna i otrzaskana z górskimi łańcuchami. Patagońskie sosny mieszkały na zboczach potężnych patagońskich gór. Wysoko, wśród mgieł i zimnych wichrów mówiły same do siebie, zawsze od serca. Z wiekiem stawały się wyższe, więc mówiły same za siebie, ale za to z głowy. W listopadzie sosny schodziły z gór na brzeg oceanu. Kroczyły jedna za drugą, starannie ryjąc korzeniami ziemię. Szybko i bez ociągania.
             — W milczeniu, bo szkoda słów, gdy czas nas goni…, zanuciła ostatnia sosna i obejrzała się z niepokojem.
            Pierwsza sosna przyśpieszyła. Na plaży czekały trzy cacka, sześćdziesiąt bibelotów i tysiąc jeden drobiazgów. Do tej pory o Znakomitego Gościa roztrzaskało się na pewno już kilka tłustych statków. Znakomity Gość był kiedyś pomnikiem, a jeszcze przedtem sławnym pisarzem. „Starego człowieka na motorze” znał i podziwiał cały świat. To arcydzieło literatury, przyniosło pisarzowi nagrodę Nobla. Wspaniały historyczny fresk, o życiu niepełnosprawnych Westalek na wschodnich rubieżach imperium perskiego, na przełomie ery brązu i różu, doczekał się wielu wydań w twardej okładce. Pisarz był znany, bogaty i zdrowy. Prawie zdrowy. Niestety był mały problem. Wybitnemu artyście pękała skóra na piętach. I to z hukiem i trzaskiem, bo pięty miał pokaźnych rozmiarów od czasu, gdy powiększyła mu się stopa życiowa. Najsilniej waliło w trakcie rozdawania autografów. By wytłumić detonacje wydobywające się z eleganckich butów, pisarz rozdawał autografy tylko w trzaskający mróz. Bolesna i wstydliwa przypadłość psuła pisarzowi wizerunek i hamowała karierę.
           Tylko maść z szyszek patagońskich sosen była w stanie zagoić rany jego utalentowanych stóp. Wielki człowiek odwiedził Patagonię jeszcze przed śmiercią. Zakupił kontener cudownych szyszek, przyjął order, pocałował dziecko i odpłynął z szarej przystani. Na pamiątkę tych wydarzeń postawiono pisarzowi monumentalny pomnik. Znakomity Gość, bo tak nazwali posąg miejscowi stał po kolana w wodach oceanu niedaleko od brzegu. W prawej ręce trzymał długopis a w zębach fajkę. Lewa ręka zwisała swobodnie z powodu paraliżu. Spod prawego oka spływała nobliście zgrabnie wyrzeźbiona kamienna łza. Subtelny symbol jego uczuciowej natury albo znamię. Nocą potężna fajka Znakomitego Gościa generowała czerwone błyski. Oryginalna latarnia morska działała do pierwszego sztormu. Niby nic, a zawsze coś. Z czasem ocean i sól zatarły rysy twarzy. Wygładziły surdut na blachę. Po długopisie nie zostało śladu. Nieustanne uderzenia fal zmiękczyły surową posturę Znakomitego Gościa. Posąg nabrał kobiecości i zaczął pachnieć sztucznymi kwiatami.

wtorek, 25 października 2011

Melania cz.3

Co 16 lat, Melania z ociężałą stanowczością spadała z parapetu i turlała się przez całą salę, wtaczała za wiadro i znikała na całe dnie. Tak się bez niej dłużyło i tak było cicho bez milczącej Melanii. Hrabina kładła się wtedy na Rowie Oceanicznym i zasypiała.
Obudził ją blask. Przed nią stała wyprostowana Melania z twarzą tak piękną, że hrabina z wrażenia doznała skurczu serca i barku. Ciało Melanii wydawało się młode i stare zarazem. Emanowała jednocześnie pięknem zachwycającej toporności i cudownej eteryczności. Była prosta i skomplikowana. Wyniosła i skromna. Daleka i bliska. I nagle przykładając lewą dłoń do piersi, zaczęła śpiewać:

 Ma ziemia pachnąca rodzi dumne pnącza
orderami pokryta traw kraina lśniąca
Z wiatrem wysokim płyną kondory
Wokół masztów sosen splatając kędziory
Bujne rozlewiska i ogromne miasta
Niejedna się szyszka za nie pochlasta
Pochlasta, pochlasta
Sta, sta

 Ojczyzna ma dzika krwi historią spływa
Tatuaż wielkiej chwały ciało jej pokrywa
Honor i cierpienie utwardziły jej suknie
Od smutnej emigracji niech mi serce huknie
Huknie, huknie
Nie, nie

 Argentyńskie zapałki płonęły na stosach
Z pąsową różą w ogolonych włosach
Inkwizytorzy prezydenci i ziarnka fasoli
Sztandary nieśli przez wieki niedoli
Niedoli, niedoli
Oli, Oli

 Ma miłość została daleko pod niebem
Pozostał mi smalec pomazany chlebem
Cudowna miłość zdrewniała na wióry
Oto spowiedź bolesna argentyńskiej córy
Córy, córy
Óry, óry

 Korkociągi kurzu zamarły w powietrzu wraz z ostatnim dźwiękiem. Melania z wyczuciem pochyliła głowę na piersi, jednocześnie drugą dłoń kładąc na pierwszą. W tym był styl i to wielki styl! Hrabina oniemiała i pierwszy raz w życiu pożałowała, że nie ma ojczyzny ani prezydenta. Blask i łagodne rozmarzenie bijące od Melanii sprawiło, że serce hrabiny zaczęło gwałtownie bić. Hrabina z wielką mocą zatęskniła za wrzosowiskiem i kurhanem, za miejscem spotkań z Puchaczem. Za jego spłoszonym wzrokiem, miękkim puchem pod piórami i ostrymi szponami. Oczy zaszły jej mgłą i uśmiechnęła się pod wąsem.
— Metale kolorowe źle znoszą oschłość pontonów ― dobiegł jakby z oddali głos. Szyszka Melania stała zadumana na wielkiej mapie świata, na zielonej plamie Amazonii. W zieleni było jej do twarzy.
— Tutaj ― dotknęła czubkiem baletka ciemnozielonego miejsca na mapie ― zaginął luksusowy transatlantyk „Wercyngetoryks”.
Płynęli nim więźniowie w różowo - białych pasiakach. Załoga statku składała się z carskich kadetów i najlepszych dżokejów ze stajni biskupa Dżakarty, wszyscy zaginęli w dżungli. Melania zamilkła i wdrapała się na parapet okna. Zaczęła wolno wygładzać rękoma łuski.
Zaczynała powoli nieruchomieć. Nagle, z niespodziewaną energią odgarnęła kosmyk włosów za złuszczone ucho i postukała małym palcem prawej ręki w brudną szybę. Nagle jesień stała się bardzo jesienna.
— Wszystkich zadusiły liany ― byłam przy tym… Szept Melanii odbił się dudniąco od tapet i walnął w najbliższy globus. Groza zatrzepotała jak szalona. Hrabina odruchowo zadusiła ją parasolem. Nieuchronnie nadchodził szesnasty październik. Hrabina rozdała karty. Szyszka zamilkła na dobre. Za 365 dni być może hrabina dowie się czegoś o krewnych Melanii. Warto czekać.
Hrabina rzuciła karty i poszła obciąć paznokcie. Niedługo przypłyną listopadowe wieloryby.




wtorek, 18 października 2011

Melania cz.2

            Otyłość i pewna zmysłowość wieku dojrzałego, dodały Melanii miękkości i szlachetności. Pulchne białe dłonie i pełne usta, mówiły same za siebie. Życie Melanii musiało być bujne i pełne gwałtowności. Piętnastego października potrafiła rozszarpać trzy waciki kosmetyczne, jeden po drugim, w jakimś nieobecnym zapamiętaniu. Siedem lat temu uderzyła się nawet prawa ręką w biodro, tak silnie, że aż hrabina upuściła asa kier. Coś małego wyfrunęło wtedy spod szesnastej łuski od dołu szyszki. Maleńki papierek opadł na Donieck. Dość daleko od hrabiny, wówczas grała, leżąc na Pustyni Gobi. Miała niańkę z Mongolii, i sentyment pozostał. 



          Hrabina od niechcenia przeczołgała się na zachód, i znad kart zerknęła na papierek. Buenos Aires, 15 październik 1815 rok przed Kaktusem, „Opera za trzy bambosze" Bilet do opery, wypisany zielonym atramentem, bardzo wyblakły. Hrabina zadumała się. Nigdy nie była w operze. Von Skrzatowie zanikają w odległości 22 kilometrów od domu. I tak, leżąc, podłożyła dłonie pod brodę i zapatrzyła się w Melanię. Na dramat, którego nigdy nie pozna.
           W bladym świetle października, dostrzegła resztki pazłotka na paru łuskach i zardzewiały kolczyk zawieszony pod kolanem lewej nogi. Ledwo widoczny, w kształcie płonącego zeppelina. Zeppelin trzymał w pysku różę, kiedyś zapewne karminową. Może była stewardesą? - Pomyślała hrabina…
Hrabina podczołgała się bliżej i usiadła na wyspie Togo. Melania była analfabetką. Liczyła specyficznie, przeważnie na łut szczęścia. Gdy przybyła, miała tylko trzy rzeczy: dwumetrowe cygaro, książkę i baletki. Cygaro wypaliła na plaży, baletki zawsze miała nałożone na szyszkowe stopy. Prawdopodobnie nosiła je od urodzenia, bo miały pokaźne rozstępy. Książka natomiast to zagadka. Zaraz po przybyciu do sali globusów, wsunęła ją bez słowa za wiadro i nigdy później nie powiedziała słowa na ten temat. Hrabinę intrygowała książka, niestety wrodzona kultura i krótkowzroczność nie pozwalały jej nic dostrzec za wiadrem. Okulary zgubiła hrabina na wrzosowiskach, a soczewek arystokracji nosić nie wolno. O kulturze hrabina nie miała pojęcia, bo się z nią urodziła.

piątek, 14 października 2011

Melania

         Melania nie miała zachcianek, żadnych. Wszyscy miewają zachcianki, nawet szyszki, ale ona nie miała. Melania, szyszka patagońskiej sosny, tkwiła na parapecie okna, wtulona w waciki kosmetyczne, nieustannie zapatrzona w pejzaż za szybą. Pejzaż morski oczywiście. Patrzyła na morze wzburzone, szumiące, lub gładkie jak skóra śpiącej foki. Zupełnie nie przeszkadzał jej fakt, że morze wyschło już dawno temu. Suche czy mokre, morze to zawsze morze. Oczy Melania miała ogromne, błyszczące, zasnute mgłą. Matowiejące codziennie coraz bardziej i bardziej. W końcu przepływające chmury przestały się w nich odbijać, i oczy Melanii zaczęły przyciągać mgłę. Tak się działo w październiku. Dokładnie - piętnastego. Dlaczego piętnastego? Tego się Hrabina Anna von Skrzat herbu Pompon, nigdy nie dowiedziała. Tego dnia następował nieznaczny ruch. Łuski na obfitej piersi Melanii zaczynały trzeszczeć. Pierś falowała gwałtownymi westchnieniami. Maleńkie, zasuszone nasionka wypadały spod pach Melanii i toczyły się bezgłośnie. Z parapetu na podłogę i pod globusy, po porozkładanych mapach, wszędzie, aż pod drzwi i za wiadro. Mamrotała wtedy ledwo dosłyszalne słowa:
— Kiedyś to było zlodowacenie… a teraz, co?... to już tyle lat, że usta jak nóż silne i zimne… Patagonia… tumany kurzu… kobieta albatros… pamiętasz uzdrowisko w Andach?….
— Chlorofil tak tętnił w żyłach… żar łuski… kiedyś…..
Piętnastego października, hrabina udawała, że jej nie ma. Właściwie nie musiała zbytnio udawać. Siedząc na podłodze, na wielkiej mapie świata, dokładnie na Oceanie Lodowatym, grała w karty sama ze sobą. Nawiasem mówiąc, jeszcze nigdy nie wygrała. Kątem oka obserwując Melanię, razem z nią wędrowała po niewyraźnych zboczach argentyńskich Andów i pachnących żywicą uczuciach. Szyszka Melania jest wysoko urodzona, zdaje się na wysokości 2500 metrów nad poziomem morza. Góralskie pochodzenie widać było po silnej budowie ciała i dumnej posturze.

czwartek, 13 października 2011

Puchacz cz.2

Nadchodzący ranek rozmywa jego zbolałe ciało w szarości. W końcu zasypia zmęczony na obcym dachu. Rankiem wlatuje przez kuchenne okno, ponury jak gradowa chmura, zastając hrabinę przy śniadaniu. Siada na poręczy krzesła i patrzy, raz w prawo raz w lewo, na hrabinę, na prawy pazurek…, wyjmuje notes i coś mamrocze, że czasu tak mało, a tyle dziś do zrobienia…, w końcu zastyga i zerka na hrabinę. A hrabina wie, że już czas… idzie po ścierkę tę czarną w seledynowe trumienki i spokojnie wyciera Puchaczowi mokre piórka. Że niby w nocy padało…

­— Tak, tak… oczywiście, wiem — odpowiada hrabina.

— Słyszałam, że wichura pozrywała wszystkie kłódki w hrabstwie.

Potrafią się dogadać, w końcu to rodzina. Hrabinę bolą te nocne eskapady Puchacza, ma swój dom a lata do obcych! Nawet zamówiła już antenę telewizyjną, i zaleciła wykonać przytulną budkę na dachu, by już nigdzie nie latał. Przeziębi się i będzie marudził. Już tak było kiedyś… A to muchę mu przynieś…

— A dlaczego to okno jest w tym miejscu?

— I gdzie do diabła są moje ulubione seledynowe klamerki?!

I tak dalej… Hrabina jest cierpliwa, prawdę mówiąc ma do niego wielką słabość. Gdy się tak awanturuje, wystarczy go łagodnie pogłaskać po brzuchu, natychmiast się uspokaja, oczy zachodzą mu kurzem, otwiera dziob i…, zasypia. Kupiła mu wideo i kolekcję filmów fantasy. Też je lubi. Siadają wieczorami przed lustrem i oglądają filmy, bawią się przy tym jak dzieci. Puchacz nawet hrabinę za warkocz pociągnie, a hrabina go za ogon i tak sobie żyją. Czasami hrabinę przygniata bazaltowy wiatr, i wszystko zastyga. Odchodzi wtedy na wrzosowiska. Śpi pod kurhanami, a niebo rozpada się na kawałki. Tak ma. Puchacz, chociaż szalenie zajęty, potrafi wtedy rzucić wszystko i szukać hrabiny po wrzosowisku. Szuka tak długo aż znajdzie. Opada powoli na ziemie by hałasu nie robić. Siada w kucki przy skamieniałej hrabinie i dyskretnie wciska jej w białą dłoń, starą wyrobioną pieczątkę.

— To moja ulubiona - mamrocze.

— Jest dla ciebie.

— Chodźmy do domu hrabino…, bo tak jakoś pusto w kuchni, i trumienki na serwetce zaczynają bez ciebie znikać….

Hrabinę chwyta wzruszenie, nic nie mówi, ale jest Puchaczowi bardzo wdzięczna. Obejmują się w pasie i szurając nogami wesoło wracają do zamku.

środa, 12 października 2011

Puchacz cz.1

Puchacz uważa się za materialistę, za pragmatyka. Lubi porządek i czyste szkło. Mówi, że jak coś jest napisane, to tak ma być i basta! Wierzy w słowo pisane i malowane, koniecznie zakurzone. Czysta, nowa książka to bubel. Hrabina doskonale to rozumie. No i liczy, Puchacz ciągle liczy… Przed piątą wieżą rosną dwie olbrzymie jarzębiny, mutanty z Andaluzji. Co miesiąc Puchacz dokonuje inwentaryzacji jarzębinowych liści. Liczy wszystkie skrupulatnie i bardzo się denerwuje każdą pomyłką. Kulki jarzębin też liczy, ale że nie za bardzo rozróżnia kolory, więc mylą mu się kulki z liśćmi i wtedy wpada naprawdę w szał. W szale wytrąca z siebie kurz. Gubi go wiele, a wraz z nim urodę i prestiż… Potem czuje się nieswojo jak nagi, taki czysty i świeży... Zawstydzony, bo odkurzony. Hrabina dyskretnie podpisała z Sowa Uszatką umowę o dzieło, by policzyła kulki jarzębin i w ten sposób odciążyła Puchacza. Hrabina wytłumaczyła Puchaczowi jak umiała, że to zbyt prozaiczne zajęcie jak na jego talent. Spojrzał, pomyślał, odkaszlnął i powiedział: — dobrze.

A wszystko przez jego gorące serce, obite kiedyś boleśnie gumowym młotkiem. Puchacz mózgowiec… hmm…To wszystko pozory. Czasami widać go, jak nocą krąży bez celu po granatowym niebie. Zatacza kółka nad zamkiem gubiąc przy tym osobiste zapiski. Hrabina zbiera je rano i nadziewa na szara nitkę. Nic nie może zginąć u von Skrzatów. Puchacz, w takie noce potrafi zniknąć. Widują go nietoperze, jak u sąsiadów na dachu, przytulony do anteny telewizyjnej, wsłuchuje się w brazylijskie seriale i szlocha bezgłośnie. Ogromne łzy spływają po upierzonej piersi. Nawet nietoperzom robi się jakoś nijak wtedy, chociaż twarde są bo z górniczego rodu pochodzą. Puchacz potrafi zastygać przy antenie na całe godziny. Marzenia o księżniczkach, uroczych podwieczorkach, kwiatkach kwitnących pod oknem, które podlewa rankiem ukochana Puchaczowa, a on z uśmiechem wyciera sobie dziób serwetą….

wtorek, 11 października 2011

Jeden zwykły dzień cz.2

...za to czarująco kosiła trawnik w butach do konnej jazdy. Życie miłosne hrabiny… któż je zna. Tylko nocne ćmy i posępne kandelabry odbijały w sobie trzepot jej serca. Fakt, cierpiała na arytmię. Czasami tak dygotała, że aż musze gówienka odpadały ze starych portretów. Moje zdjęcia, moje wspomnienia… mruczała, zbierając musze odchody. Bo to wcale nie tak. Powiem wam jak… Czasami hrabina nie mogła spać. Wyciągała wtedy z szafy białą kołdrę po prababci, wtulała się w nią dokładnie, w jej zatęchły, duszący odór minionych wieków. Lubiła te chwile. Ciemność, ćmy, zaduch i błysk fleszy. Wpatrywała się w ciemność i zaczynały napływać obrazy. Wyłaniały się krzywe linijki, zastygłe w tańcu pomidory, upadłe gwiazdy walające się bezładnie po trawniku, jakieś laczki wujka Ernesta, każdy z fantazyjnym monogramem… formy do ciasta i formy bez treści. Środek nocy.

Wtedy przylatywały wielkie, poważne ćmy w okularach przeciwsłonecznych. Przysiadały na oderwanych tapetach, wyciągały z kieszeni maleńkie cyfrówki i zaczynały robić zdjęcia. W stronę hrabiny błyskało tysiące małych gwiazdek. Od tysięcy fleszy uwalniały się z tapet wolne elektrony. Podmuchy wiatru unosiły je przez okno, w dal, do wsi, za kościół, dalej, za przystanek pekaesu… do wielkiego miasta, gdzie ruch i wielkie możliwości. W taką bezsenną noc powstawały setki zdjęć, maleńkich jak ziarnka piasku, ale za to o znakomitej rozdzielczości. Ćmy naklejały je później na portretach przodków. Powstała pokaźna kolekcja. Duma hrabiny i wszystkich jej krewnych. Von Skrzatowie potrafią cenić sztukę. Ale nie tylko owady mieszkały z hrabiną. Na lewo od huśtawki, w piątej, wschodniej wieży zamieszkał pewien Puchacz. Najpierw spoglądała na niego podejrzliwie, ale kiedy wleciał do kominka, wytknął głowę i zawołał:

— A kuku!! — odetchnęła z ulgą.

— ­­­­To swój — pomyślała.

Puchacz jak każdy milczek był namiętnym gadułą. Uwielbiał kurz i kółka dyskusyjne. Tak się zapalał w dyskusji, że szumem skrzydeł rozwiewał hrabinie szesnaście misternie ułożonych włosów. Nie gniewała się, też ma swoje pasje i wie jak to jest. Puchacz był skryty, co można było dostrzec po awanturniczym charakterze, skrywanym za soczewkami w biedronki. Był kiedyś zraniony, i trochę to było widać i czuć. Pod piórkami nosił kołnierz ortopedyczny na biodrach. Każdy jest, jaki jest, hrabina to wiedziała i nie zaglądała puchaczowi do dzioba. Dla wszystkich starczy miejsca. Amen.

 

Jeden zwykły dzień cz.1

Pewnego dnia pękło niebo. Zrobiła się szczelina. Metaliczny blask w formie tasaka przeciął całą wyżynę. Hrabina podniosła wzrok znad kowadła. Srebrny młoteczek zawisł nieruchomo. To już drugi raz w tym tygodniu, pomyślała. Lutownica jest w kotłowni, nie teraz, pomyślała. Dokończę najpierw Melanię. Szybko, więc wyklepała do końca bolące halluksy Melanii, zdjęła ostrożnie jej małą, pokrytą łuskami stopę z kowadła i odłożyła na wacik kosmetyczny. Kowadło to spadek po dziadku hrabiny. Dobra rzecz. Tak naprawdę służyło tylko do jednego celu, do klepania głupot. Rzecz nader poważna u von Skrzatów.

Klepanie mają w genach, to i obowiązek jak i wielka przyjemność. Hrabina Anna von Skrzat miała wiele przymiotów, jak i przedmiotów. Niezrównanie skakała na skakance, najzręczniej ze wszystkich dobijała ranne ptaszki o poranku swą podręczną miserikordią. Kochała się w misternych przedmiotach pierwszej i szesnastej potrzeby. Wszystko ma swój cel, widziała o tym. Przed śniadaniem lubiła się przechadzać korytarzami swego zamku, niezliczone galerie, krużganki, słyszały stukot jej obcasów. Echo niosło się po sklepieniach, odbijało matowo od wielkich drzwi, zalegając w końcu w cynowych nocnikach, nieużywanych od dawna, zarośniętych morską trawą i tymiankiem. Cisza rozlewała się jak mokra kołdra. Hrabinę przechodził w takich momentach dreszcz szczęścia. Szła, więc do omszałej łazienki i dwie godziny czesała włosy. Były rzadkie. Było ich szesnaście, rozdzielone równo przedziałkiem. Wymagały uwagi i pielęgnacji.
 Hrabina nie była zbyt urodziwa, ale