poniedziałek, 13 lutego 2012

Latający dywan 2

 Piękny Pers pogrążył się w czarnych myślach. Zapadł w letarg. Po długich godzinach wzeszedł księżyc. Srebrny blask zalśnił na niebie. Latający Dywan doznał olśnienia. Modlitwa! Nic nie kosztuje a może pomoże? Zaczął się modlić. Do boga dywanów, bieżników, ręczników i wszelakiej przędzy. Modlił się po swojemu, pośpiesznie, żarliwie, tak jak umiał:
Ty który latasz wysoko,
ty co masz przędzę z obłoków.
Ludzką stopą nie deptany,
piękny, wieczny, wyczesany.
Spójrz z przestworzy na swe dziecię,
jak mu sploty błoto gniecie.
Jak w śmietniku serce bije,
Jak powoli frędzel gnije.
Twórco życia nienazwany,
z kurzu nigdy nie trzepany.
Zahacz myślą o odpady,
ratuj Persa od zagłady

          Dywan nagle zamilkł i powoli włożył frędzel do ust. Wyglądał na kogoś, kogo nagle coś uderzyło a uderzyło go szokujące odkrycie! Przypomniał sobie, że jest ateistą. Szklanym wzrokiem omiótł ciemność. No to dupa. Wielka, puszysta dywania dupa i tyle. Dobre wychowanie zbladło i zadrżało. Zażenowane rozluźniło uścisk, ale nie puściło dywanu, mimo swej wrodzonej tępoty nie było głupie, wiedziało, że bez nosiciela nie przetrwa. Dobre wychowanie zrobiło to, co musiało, poprawiło bluzkę i wysłało w mrok figlarno-protekcjonalny uśmiech o numerze 115/3.
         — Czy coś się stało moi drodzy? Doprawdy bzy pachną dziś tak oszałamiająco a wy nie zmieniliście rękawiczek?
         — Mówiłaś coś? — Przystojna pijawka w średnim wieku obróciła się na łokciu i popatrzyła przyjaciółce w oczy. To znaczy mogłaby popatrzeć gdyby zdjęła jej obierki z oczu. Druga pijawka też była w średnim wieku i miała problemy z workami. Worki pod oczami robiły jej się coraz bielsze i większe stąd okłady z obierek. Kobiety leżały na plecach na posrebrzanych tipsach. Tipsy spokojnie unosiły się na bulgocącej, ciepłej powierzchni bagna. Właśnie dryfowały wokół wielkiego, płaskiego i włochatego terenu, którego jeszcze godzinę temu tu nie było. Wszędzie wkraczają zmiany i nowoczesność. Nawet do naszego uzdrowiska najlepszego w tej części śmietnika. Stać mnie na luksus. Jak człowiek o siebie dba to i długo pożyje. Życie jest zbyt piękne by z niego nie korzystać. Zdrowie i uroda najważniejsze. Ciąg pozłacanych myśli przyprawił pijawkę o zadyszkę. Odsapnęła i pogładziła się po czarnym, lśniącym brzuchu. Ani się człowiek obejrzy a zabetonują ostatni skrawek bagna, z niechęcią spojrzała na rozłożony dywan. Popatrzyła jeszcze przez moment po czym opadła ciężko na plecy. Nie chciało jej się myśleć. Jeszcze dziś słodkie lenistwo. Zamknęła oczy. Kołysana bulgotaniem smrodliwych gazów powoli zasypiała… Jutro już do pracy.  
           Zmartwiony dywan ssał bezmyślnie frędzel. Otępienie przydymiło szklany wzrok. Latający Dywan wyjął frędzel z ust i zabełtał nim w bagnie. Tak sobie. Odruchowo, z nudów.                                 
          — Bl… blbl… blybly… blbl — Nucił sobie wesoło kreśląc z rozmachem zawiłe zygzaki po powierzchni szarej breji. Błoto pryskało na wszystkie strony. Latający Dywan zapomniał o smutku. Bawił się zupełnie nieświadom faktu, że właśnie ulega zniszczeniu świetnie prosperujące uzdrowisko o wieloletniej tradycji. Że już nie wspomnę o fakcie, że tonąca placówka wessała w głębiny dwie kuracjuszki na tipsach.
            Latający dywan nieświadom tragedii rozgrywającej się pod nim jak i nad nim a tym bardziej swojej własnej otrzepał frędzle z błota. Ziewnął. Rzucił parę szpetnych wiązanek w piśmie supełkowym, po czym ostentacyjnie zwinął się w rulon. Stanął pionowo i osłupiał. Zapadł w stan hibernacji mając nadzieję, że najdalej za kilka tysiącleci jakaś nowa rasa kilimów lub ścierek odnajdzie go i przywróci do życia. Oczywiście to był tylko taki teatralny dywani gest. Bezcenny Pers po chwili doszedł do wniosku, że robi się nudno i czas na plan A, bo wszystkie pozostałe już przerobił. Nie ma, na co czekać. Wziął potężny rozbieg i rzucił się sobie na ratunek. Stękając, ryjąc frędzlami grząskie podłoże, czołgał się przed siebie. Godzinami, po omacku szukał wyjścia z sytuacji bez wyjścia. Po dwóch dniach minął czajnik, przedarł się przez cmentarzysko firan, przeczołgał pod śmigłem od Tupolewa 154, wpełzł w tunel, zobaczył światło i stracił przytomność.
         Obudziło go energiczne mlaskanie. Na słowniku wyrazów obcych siedziała zielona wstążka. Wymięta i brudna jadła spleśniałego pączka. Od razu było widać, że jest twarda i zna śmietnik. Od czasu do czasu odchrząkiwała i spluwała do filiżanki. Wyszczerbiona filiżanka stała obok słownika porcelanowym brzuchem dotykając jego grzbietu. Dobrze się czuła w towarzystwie intelektualistów. Prostactwo doskwierało jej bardziej niż wewnętrzna pustka. Chociaż ostatnio coś jakby leżało jej na żołądku. Rzut pączkiem od słownika chybotał się wbity w niestabilne podłoże zardzewiały gwóźdź. Jeżeli wziąć pod uwagę fakt, że nikt tu nigdy pączkiem nie rzucał nie wiadomo, jakie były współrzędne gwoździa. Zadziwiające i zupełnie bez znaczenia. W każdym bądź razie nasz zardzewiały gwóźdź był z nami, tutaj, blisko. Tańczył z powagą przed oczyma wstążki. Surowy, małomówny, sprawiał wrażenie nawykłego do pracy fizycznej. Wyglądał na gwoździa bez głębszych refleksji, co może być mylące. Nigdzie nie jest napisane, że porcelana ma lepszy refleks niż metal?

piątek, 27 stycznia 2012

Latający dywan

Latający Dywan wylądował na śmietniku. Śmieci otaczały go zewsząd. Piętrzyły się po horyzont. Z morza plastikowego gruzu sterczały poszarpane obeliski. Nagrobki artykułów pierwszej potrzeby. Kikuty i strzępy przedmiotów cennych a nawet bezcennych. Otaczał go pejzaż nasycony zużyciem i zmęczeniem. Nieruchomy zamęt bulgotał martwą ciszą. Fermentacja rozkwitała z rozmachem na martwych pagórach. Wokół syczało i stukało. Szeleściło i kapało. Latający Dywan uniósł się nieznacznie i popłynął w mrok. Szybował dość długo nad gruzowiskiem syków i trzasków. Wkrótce syki i trzaski przeszły w chrobotanie, chrobotanie w smarkanie a smarkanie w łomot. Dywan zwolnił i skręcił w prawo. Osiadł pośpiesznie na pobliskich laurach i zakrył frędzlami uszy. Trwało to tylko moment, bo natychmiast zwalił się w dół na dno wykopu. Zbutwiałe laury nie utrzymałyby nawet pary zakochanych much a cóż tu mówić o puszystym dywanie. Otyłość jak widać bywa przykrą niespodzianką nie tylko dla ssaków, ale i dla wełnianych płaszczaków.
             Zbutwiałe laury rozpadły się w proch i pył. Latający Dywan runął w dół. Upadł w rzadkie błoto nasączone mdłym, skisłym światłem. Znalazł się na dnie. Latający Dywan pochodził ze wschodu. Był cudzoziemcem, perskim arystokratą, lewitującym magiem pełnym czaru i piękna. Nie znał angielskiego ani wilgoci. Znalazł się naprawdę w trudnym położeniu. A rozłożył się jak umiał, na wznak, na bagnie, na dnie w mokrym półmroku. Z każdej strony napierały śmieci. Czarnymi ścianami wpatrywały się w upadłego Persa. Wokół bulgotało rzadkie błoto. Latający dywan zaczął nerwowo przebierać frędzlami. Rozejrzał się. Błoto wypluwało kule smrodliwych gazów. Ciężkie banie pękały bezgłośnie nad powierzchnią. Odór oblepiał rozlazłe sztuczne drzewa o gnijących stopach. Miękkie, oleiste światło pełzało wolno we wszystkie strony. Na porannym, brudnym niebie rozmazywały się dziwne kształty. Pijawki i węże z lubością prężyły młode ciała. Był późny poranek, było mroczno. Zachwyceni tubylcy dziękowali za nowy cudowny dzień.
  Dreszcz przebiegł po barwnych wzorach dywanu. Przerażony nie wytrzymał i puścił fałdę. Zapłakał, po czym w geście rozpaczy zrolował się na kolana. Frędzle u ramion obwisły a siły odpłynęły...
Gorący wiatr pustyni tańczył z żółtym piaskiem. Rozciągał go w smugi i rzucał w stronę słońca. Bezgłośnie. W absolutnej ciszy falowało białe powietrze. Cudownie, jasno, ciepło. Wyobraź sobie mlask głośniejszy od mlasku. Ojczyznę żółtek i stali. Albo popołudnie w kolorze ochry nisko nad targowiskiem. Burza piaskowa nadciągała na siedząco. Bolące skronie tłukły się jak garnki po wąskich uliczkach. W autobusie włochata ćma paliła fajkę wodną. Jak gorąco, jak zimno, jak we śnie. Bezdźwięczny biały blask łagodnie materializował następny obraz. Slumsy Adamaszku pachnące żarem i gwarem. Huk startujących odrzutowców sułtana… granatowa policja kalifa… biały tłum… na rynku… salceson w kajdanach… Wszystko zaczęło się rozmywać, ciemnieć.

czwartek, 26 stycznia 2012

Liliowy list


            Zerwał się bazaltowy wiatr. Nadciągnęły majowe chmury. Jedna z nich była inna. W zeszłym roku jej nie było. Zestaw się zmienił. Dziwne, pomyślała hrabina. Siedziała na kanapie patrząc w okno i w zamyśleniu dłubała  w nosie. To będzie trudny dzień bo służba dostała wymówienie. Niechlujni byli. Gumy do żucia znajdowała hrabina przyklejone do marmurowych herbów rodowych, na porcelanowych gryfach w toalecie, na portretach przodków w ogrodzie...Niedopuszczalna ignorancja. Hrabina wyrzuciła służbę. Od tej pory sama fastryguje wszystkie pęknięcia na szybach, karmi i poi wszystkie zamkowe majaki, obcina palce rękawiczkom to z myślą o jeździe na rowerze. Hrabina podpatrzyła w okolicznych wsiach, że takie rękawiczki mają rowerzyści zwłaszcza taka jedna miastowa turystka. Swoją drogą owa turystka napluła hrabinie do klombu przed bramą, bezmyślnie zapaskudziła lwie paszcze i wkrótce uschły ze wstydu. Prawda jest taka, że Puchacze nie powinny oddawać piórek do miejskiej pralni chemicznej, bo to, co dostaną z powrotem obleją łzami dawnej świetności.
            — Wezmę może kąpiel, owinę się w rodowy sztandar i pójdę na wrzosowiska. Jakoś się rozweselę i przetrwam ten dzień rozbłysło ciężko w głowie hrabiny.
           — Moje towarzystwo ze mną nie pójdzie bo wstydzą się mnie, gdy jestem w takim stanie. Będą obserwować mnie ze wzgórza, dwadzieścia dwa nieruchome, czworonożne posążki…
           Hrabina zebrała się w sobie, rozebrała do rosołu, owinęła w sztandar i wyszła. Kiedy usłyszała, że potężne drzwi wejściowe zatrzasnęły się z hukiem za jej plecami, popatrzyła w prawo. Nieboskłon obniżył się o piętnaście centymetrów. Hrabina w końcu nie wzięła kąpieli. Następne pięć centymetrów przybliżyło niebo do ziemi. Brudna arystokratka wlokła się wolno w stronę wrzosowisk. Sztandar ciążył na biodrach. W końcu miał grubość dwudziestu pięciu centymetrów, a hrabina miała bardzo jasną cerę. Zatrzymała się przy sześćdziesiątym trzecim kilometrze. Szczególnie go lubiła, bo miał więcej fosforu od pozostałych i ładnie świecił o zmroku. Hrabina jak każda arystokratka lubiła przepych i iluminacje, błyszczące komnaty, granatowe przeciągi w holu i migotanie przedsionków rozdymały jej twarde serce, spragnione pompy i ciszy. Niełatwa karma.
             Na sześćdziesiątym trzecim kilometrze zabłysły jej oczy. Powąchała róże wyhaftowane na sztandarze i zwaliła się z łoskotem w liliowe, bujne wrzosy. W wyschniętym potoku delikatnie szemrała woda. Hrabina patrzyła w niebo. Spadały gwiazdy. W tym roku sierpień nadszedł szybciej. Roje komet zapalały ogniki na mroczniejącym niebie. Brzęczenie stało się wyraźniejsze. Komet przybywało, stawały się wyraźniejsze i bliżej podchodziły, ale nie wszystkie, bo były i bardzo płochliwe i te spalały się nieufnie. Niektóre olbrzymie, kamienne komety zwalniały w odległości pięciu kilometrów od hrabiny i płonąc straceńczo przewalały się w olśniewającym majestacie z grzbietu na brzuch.
— Co za kultura! — Zapłakała blada arystokratka.
Wyobraźnia jest nieoceniona, gdy się nie umie płakać. Były też zwykłe kosmiczne śmieci. Pinezki płonęły jeszcze przed wejściem w atmosferę. Notesy i aluminiowe kołdry paliły się ładnie na tle czarnego już nieba. Raz na kilka lat spalało się w atmosferze kilka orderów z połamanymi wstęgami znak, że umarł ponton. Niektórych przepych zabija myślała wtedy hrabina. Znikały bezpowrotnie tytanowe statuetki astronautów dosiadających czarne jednorożce. Hrabina zawsze do końca śledziła tor ich zanikania. Bardzo lubiła wysyp śmieci z Transgalaktycznego Transportowca K-004. Tyle piękna znika codziennie. Marzyła, by złapać kiedyś sfotografowane w ośmiu wymiarach zdjęcie gotyckiej katedry. Wspaniały bibelot na kominek w holu. Ciąg myślowy przerwały jej nieoczekiwanie dwie czarne skarpety, które arogancko zawisły osiemnaście centymetrów nad jej twarzą. Nówki, wyczuła hrabina. Spięte żyłką, na której końcu dyndała mała czerwona latareczka bez uszczerbku przedarły się przez atmosferę ziemską. Widocznie skarpety znały sekretny tunel dostępny tylko na hasło.
— Dokumenty proszę! — Rzuciła twardo jedna ze skarpet.
Druga kontrolowała sytuację. Od czerwonej żaróweczki rozbolała hrabinę głowa. Dostrzegła okrągłą nalepkę na milczącej skarpecie. NASA, odczytała z trudem. Krótkie teksty męczyły ją niezmiernie, to rodzinne. Hrabina zatęskniła nagle za Eleonorą.
-- To teren prywatny -- Powoli i wyraźnie powiedziała hrabina troszeczkę przy tym sepleniąc. Skarpety nagle straciły pewność siebie, poprawiły krawat i odleciały. Urzędasy zamruczała hrabina. Z szybkością otyłej gazeli, potykając się o sztandar pobiegła radośnie w stronę zamku. Eleonora grzała się w holu przy kominku. Spojrzała na hrabinę ze zrozumieniem swoimi przepięknymi dużymi oczami andaluzyjskiej klaczy. Hrabina spokojnie wzięła kąpiel a potem liliowy papier formatu A3 i zaczęła pisać list. Gdy skończyła wsunęła go pod łóżko by się uleżał. Zrobiło się późno. Wybiła godzina 26. Hrabina udała się do sypialni i zmęczona rzuciła nikłe ciało na wielkie łoże. Jeszcze tylko bajka dla przodków i spać. Wyjęła spod poduszki kosztowną, potężną księgę oprawioną w łabędzi puch i szybko przewertowała kartki, wybrała tytuł i zaczęła wodzić oczami po portretach antenatów spoglądających ze ścian sypialni. Dziś będzie opowieść o „Latającym Dywanie” dla... Zawahała się… dla… wujecznej praprababki od strony okna. Hrabina zaczerpnęła powietrza i zaczęła czytać.

sobota, 31 grudnia 2011

Cytrynowe jeziora 2

Gabloty emanują subtelnym, kobaltowym światłem o wysokich niezdrowych częstotliwościach. Młode orły dostają od tych iluminacji wysypki na lotkach, przez co nie mogą ćwiczyć a to niedobrze, bo czas ucieka.
            Orły zamieszkujące niewyobrażalnie wysokie góry są bardzo muzykalne i boją się latać. Za to świetnie się wspinają, chociaż tego nie lubią, wolą muzykować i to w rodzinnym gronie. Mieszkają wysoko na nagich skałach. Wysoko, ale komfortowo w gipsowych, olbrzymich donicach pomalowanych w kolorowe szlaczki.
            Donice, syrena okrętowa na korbkę i dwa pianina to pamiątka po ryczącym jak dziecko tornadzie, które przewaliło się ponad górami pewnej wiosny rzucając tu i tam przedmiotami nie z tego świata. W donicach zamieszkały królewskie ptaki, syrena zawisła na wielkim różanym kolcu a pianina utonęły w cytrynowym jeziorze. Piękne orły noszą złote pancerze i grają tylko na wiolonczelach. Zaczynają grać wraz z pierwszymi płatkami śniegu, kiedy nadchodzi czas kiełkowania fasoli. Przy posępnych dźwiękach orlich wiolonczel, białe otoczaki walające się kupami nad brzegami jeziora milkną i zaczynają powoli pękać a na ich małych, kamiennych ciałkach pojawiają się szczeliny. Zaczyna się czas narodzin. Z rozpękniętych kamieni wyrastają z błyskawiczną szybkością kłącza fioletowej fasoli. Bujając się, rosną wzwyż i nabrzmiewają wraz z dźwiękami muzyki. Napęczniałymi, młodymi strąkami przebijają opadające wolno, wielkie jak prześcieradła płatki śniegu. Wszystko toczy się z błyskawiczną powolnością. Rzecz niejasna dla syreny okrętowej.
              Syrena była modelem starego typu, tylko korbkę i włosy miała nowej generacji. W nowych tytanowych włosach bez zapachu było jej nawet do twarzy. Czasami, gdy syrena wyła sobie do księżyca z nudów albo rozpaczy, tytanowe włosy zaczynały iskrzyć, co powodowało łuszczenie się farby na syrenim twardym karku. Nikogo to jednak nie obchodziło. Wszystko się kiedyś w końcu złuszczy. Dolinę wypełniało ciemnoniebieskie światło albo ciemnoniebieski mrok. Syrena straciła rachubę czasu. Siedziała na piętnastym różanym kolcu od dołu i machając bosymi stopami cyny z ołowiem, myślała o wigilijnym stole i żółtej farbie olejnej. Szelest rosnącej fasoli pochłaniał ostatnie zaspane atomy żółtego światła. Wpadły nieopatrznie do doliny odbite od złotych, orlich pancerzy. Szalały po liniach prostych szukając wyjścia na świat. Niestety wyjścia nie było. Zmęczone, spowolniałe światło w końcu ugrzęzło pomiędzy kołującymi powoli gablotami powietrza. Szklane gabloty zgniatały z czasem świecące atomy w maleńkie, wyblakłe plasterki. Wiatr unosił plasterki tu i tam. Ponad góry, do Chin, do słońca, do domu.
            — Wyć albo nie wyć? Oto jest pytanie? — wyszeptała do siebie zaspana syrena, jednocześnie drapiąc się po rdzewiejących piersiach.
            Nagle syrena naprężyła przewody i zachrobotała powiekami. W końcu niebo jest jedno a miesięcy dwanaście. Niebo też jest samotne - uśmiechnęła się syrena, po czym z mocą wlepiła bladą twarz w ciemne niebo. Twarz syreny niezwykle mocno przylepiła się do nieba. Trzyma do dzisiaj. Mijał czas za czasem. Zardzewiałą syrenę oplotły kłącza fasoli. Mała blada twarz przylepiona do bezkresnej, ciemnej twarzy nazywana jest od tej pory księżycem.
           Ale to się kiedyś zmieni i niebo znów będzie samotne.
           Nastała cisza i bezruch.
           Tylko dwa pianina przechadzały się dyskretnie po dnie cytrynowego jeziora.

piątek, 23 grudnia 2011

Cytrynowe jeziora

Cytrynowe jeziora istnieją naprawdę. Leżą wysoko ponad chmurami w czystych, niedostępnych dolinach. W górach tak wysokich, że trudno je sobie wyobrazić. I rzeczywiście spora część masywu górskiego nie jest jeszcze wyobrażona, wiele łańcuchów górskich istnieje tylko w zarysie. Są ledwo naszkicowane i to przerywaną linią. Linia drży kreseczkami z zeszklonego powietrza a każda kreseczka odbija w sobie niebo i obracając się wolno wokół własnej osi, czeka. Bardzo delikatny zarys trzynastu dwudziestotysięczników można dostrzec o godzinie 16: 11 z platformy wiertniczej zezłomowanej przy wyspie Mauritius. Potężne szczyty czekają na ludzką wyobraźnię, na kształt, kolory, śnieżne czapy i funkcje tektoniczne.
           Ażurowe górskie doliny cierpliwie gładzą się po pępkach, oczekując narodzin własnej zmysłowości. Cytrynowych jezior nikt nie widział. Znamy je tylko z ustnych, ptasich opowieści. A co z dzioba to i z serca. Niebieskie ptaszki pochodzą z nizin, latają nisko i od niechcenia. Plotkarstwo mają w genach. Spadek po otyłych, znudzonych tyranozaurach. Chude tyranozaury nie lubiły ludzi i miały blade, niespokojne twarze artystów. Szarpał nimi niepokój, najprawdopodobniej niepokój o przetrwanie. Notorycznie obgryzały pazury, aż w końcu im zanikły. Drapieżnik bez paznokci nie przetrwa. Chude tyranozaury umierały w biegu. Przegrały walkę o przetrwanie pożarte przez wyrzuty sumienia. Na ich ciałach wyrosły pelargonie złociste w kryształowych wazonach. Pelargonie i wazony dały początek prężnej populacji, wykorzystanej miliony lat później do celów zdobniczych przez nowy dominujący gatunek.
Niebieskie ptaszki zasłyszały opowieści o majestatycznych górach od purpurowych lilii z Kairu. Te zachwycające śnieżnobiałe kwiaty lubiły dużo mówić. Właściwie nigdy nie przestawały. Były trochę egzaltowane, więc nie uwzględniały w swych opowieściach odkurzaczy, pogrzebaczy i kolei żelaznej. Za to kochały się w pustynnych mirażach, tłustych obłokach otulających górskie szczyty, i muzykalnych orłach w złotych pancerzach. Lilie wchłaniają obrazy widziane oczyma deszczu, który znają tylko z opowiadań. Od deszczu dowiedziały się o niewyobrażalnie wysokich górach z cytrynowymi jeziorami. Szczególnie skupiły się na pięknych opisach górskiej przyrody. Budowę geologiczną i numeryczne właściwości skalnych szczelin puściły mimo uszu. Tak robią wszystkie lilie od wieków, dlatego są takie ładne. Pewien niebieski ptaszek, o łagodnych oczach i dobrej dykcji opowiedział, co następuje:
Niewyobrażalnie wysokie góry posiadają szczyty nagie i ubrane. Nagie - są piękne, zimne i niegościnne. Ubrane - porośnięte aksamitnymi płachtami czarnych mchów są starsze, co nie znaczy, że mądrzejsze i również niegościnne.
Na stokach gór lśnią czarną zielenią kolczaste słupy, łodygi gigantycznych rdzawozłotych róż. Wiecznie młode i wiotkie róże rzucają z łoskotem perłowe cienie. Cienie są długie i silne. Przecinają całe zbocze zgniatając po drodze czarne mchy, nagie skały i wesołe, białe kamienie. Zatrzymują się dopiero na dnie doliny, na brzegu jeziora. Perłowe cienie nie znoszą wody. Perłowe wspomnienia związane z wodą są zazwyczaj kuliste i ciepłe.
 Róże, kołysząc się majestatycznie na wietrze, skrzypią i trą o rozrzedzone powietrze. Powietrze w dolinach jest tak rzadkie, że przechowuje się je w szklanych gablotach zamkniętych na zielone kłódki. Zapowietrzone gabloty dryfują płynnie i z godnością jak salonowe lwy na cesarskim balu. Suną po kolistych torach, dlatego w dolinach oddycha się na okrągło...

sobota, 17 grudnia 2011

Lisica

Pogoda była piękna. Ocean był spokojny. Powierzchnia wody mieniła się niebieskim srebrem. Na niebie lśniła rozprażona blacha. Drobne falki uderzały z pluskiem o brzegi stołu bilardowego, który kołysał się bezmyślnie na powierzchni oceanu zatopiony w wodzie i myślach. Dobrze polakierowane, stołowe myśli, nie rozpadają się ze starości. Stół wystawał dwadzieścia pięć centymetrów ponad poziom wody. Wokół niego rozciągała się nieskończona tafla lśniącego oceanu. Wspaniały stół został wyciosany z jednego pnia drzewa chlebowego i natarty chińskimi trującymi grzybami, co gwarantowało odporność na działalność korników i wysokich temperatur. To był standard. Ekskluzywne modele w skrócie ESB, montowane w samolotach pasażerskich i białych transatlantykach miały dodatkowe zabezpieczenia. Zmodyfikowane Ekskluzywne Stoły Bilardowe były odporne na uderzenia kropel deszczu i drobnych meteorytów. Przez zastosowanie sekretnego balastu były idealnie wyważone a przez to niezatapialne.

Sekretnym balastem był polny kamień dobrze uleżały w jałowej ziemi i pyle. Dusza polnego kamienia jest najlżejszą konstrukcją we wszechświecie. Próżnia doskonała jest przy niej jak żeliwny bolec wbity w leśne echo. A poza tym jest kanciasta i pełna wirujących ciężarków eteru. Dzięki właściwościom kamiennej duszy zatopienie Ekskluzywnego Stołu Bilardowego jest niewykonalne w żadnym z dostępnych i niedostępnych wymiarów.

Stół bilardowy dryfował już trzynasty tydzień. Niesiony wschodnio - mongolskim prądem opłynął Alaskę, po czym eskortowany przez słonie morskie ruszył na Pearl Harbor. Później zmienił kurs i ruszył w stronę wyspy Edwarda Krzywoprzysiężcy, by znaleźć ukojenie i ciszę. By zapomnieć gwar starego świata i butwieć na plaży jak każdy porządny mebel. Porządnych mebli na wyspie Edwarda Krzywoprzysiężcy było mnóstwo. Dostojne i fikuśne, cenne i byle jakie, subtelne i koślawe drewniane zjawy zajmowały sporą jej część. Gniły i pęczniały od wilgotnych, gęstych nocy, rozsychały się z trzaskiem, pod naporem maszerujących w południe krabów, wzdychały leniwie, drapiąc się zasolonymi zawiasami a wieczorami szczerzyły wysunięte szuflady do ogromnego, pięknego nieba. Wyblakłe, zapadnięte brzuchy sof i kanap upstrzone gówienkami mewy śmieszki drapały sprężynami poranne niebo. Mewa mieszkała na wyspie i czuła się nieswojo. Rzeka, na której brzegach spędziła dzieciństwo i szalone młode lata wyschła dwa lata temu.

Rzeka wypływała spod czerwonej skały i miała grubość dwóch ołówków. Dla obcych niezauważalna, dla mewy śmieszki była całym światem. Jako ostatni widział mewę pewien kuchenny taboret o trzech nogach i dziurawym siedzisku z dykty. Mówił, że stała po kolana w wodzie, pióra miała rozwiane, emocje rozchwiane i płakała przejmująco. Mewa śmieszka była smutna. Pewnego dnia zniknęła meblom z oczu. Zniknęła na zawsze. Najprawdopodobniej zasnęła w różowym kredensie bawiąc się starym guzikiem i zapomniała się obudzić. Mewy czasem tak mają. Zresztą, kto ją tam wie. Wyspę omijali ludzie, żółwie i wiatr. Wyspę Edwarda Krzywoprzysiężcy kochały tylko zmęczone życiem i zużyciem meble.

 Gdzieś na końcu świata, z mebla duch ulata

Pulsowanie słoi wygasa powoli

 Tekst na starym transparencie wywieszonym u wejścia do portu, bardzo już wyblakł. Oczywiście port był drewniany i dawno już zgnił.

 Wyspa Edwarda Krzywoprzysiężcy miała formę drewnianej ekierki. Składała się w dziewięćdziesięciu dziewięciu procentach z bardzo ładnej, piaszczystej plaży. Pozostały jeden procent należał do krzewu dzikiej róży i czerwonej skały. Róża i skała wyrastały z piasku na samym środku wyspy, miały po dwa metry wysokości, i sprawiały wrażenie schludności i zdrowia. Tchnęło od nich serdecznością i łagodną białą samotnością.

Nasz stół bilardowy nieustannie płynął na południe. Piętnastego kwietnia wpłynął na wody Seledynowego Czworokąta. Mijała środa za niedzielą, niedziela za środą. Czas zwijał się w ledwo widoczne fałdki. Grubiały w ciszy i rozłaziły się na wszystkie strony. Każda fałda pełna była wspomnień albatrosów i beztroskiego śmiechu hiszpańskich inkwizytorów, którzy potonęli na tych wodach czterysta lat wcześniej niż transatlantyk Wercyngetoryks. Z tym ostatnim sprawa była niejasna, mimo iż był jasny a właściwie biały. Za biały na te wody. Zatonął w środę, w słynnym Seledynowym Czworokącie na wschód od równika. Szukano go już w czwartek, czyli za wcześnie. Bez znajomości specyfiki okolicznych wód i seledynowych dni akcja ratunkowa zakończyła się niepowodzeniem. Piękny liniowiec, załoga i pasażerowie zniknęli bez śladu.

Blat stołu bilardowego obciągnięty był pięknym oliwkowozielonym suknem. Na stole nie było ani jednej bilardowej kuli. Potopiły się. Na stole znajdowała się tylko jedna, jedyna rzecz. Jedna, ale za to porządna. Miała styl i ciężar gatunkowy. Była antykiem z niemieckiej, solidnej porcelany. Lis, a właściwie lisica była naturalnej wielkości i barwy, stała dumnie prawie na środku stołu patrząc czujnie czarnymi, błyszczącymi oczkami na południowy- wschód. Wspaniałe zwierzę było ulubionym bibelotem pięknej Elfrydy Sanchez, młodej i znanej już twarzy peruwiańskiej telewizji. Przepiękna lisica przynosiła jej szczęście w miłości i odstraszała mole. Elfryda Sanchez płynęła wysmukłym Wercyngetoryksem do Holandii na urlop. Chciała pozbyć się dręczącej ją od sześćdziesięciu lat depresji. I pozbyła się jej, wraz z całą resztą. Jej znaną twarz wkrótce zapomniano. Z katastrofy morskiej ocalała tylko porcelanowa lisica i ekskluzywny stół bilardowy.

Na maleńkim zielonym prostokącie jak na przydomowym trawniczku, ognistoruda nieruchoma lisica podążała w nieznane. Bez kompasu i trwogi, w szaro-złotym blasku słońca przekroczyła zwrotnik raka i zniknęła.

piątek, 9 grudnia 2011

Listopadowe wieloryby 6

Czerwone od czereśni. Grenlandia to kraina lodu. To wersja dla turystów i lodołamaczy. Prawdę znają tylko wieloryby i tłuste domowe koty. Krewniacy w prostej linii. Koty i wieloryby mają identyczne futra aksamitne i puszyste. Skromne wieloryby noszą je do wewnątrz a lubiące przepych koty na zewnątrz. Różnica jest subtelna prawie niezauważalna, tak naprawdę to w ogóle jej nie ma, dlatego ludzcy przyrodnicy natychmiast zbudowali na niej teorię ewolucji. Grażyna wie nie od dzisiaj, że ludzie uwielbiają się zajmować tym, czego nie ma a poza tym są tacy mali i najprawdopodobniej spokrewnieni z polipami.
               Wielorybica Grażyna jest wielką estetką, dlatego często przewraca się na plecy i płacze. Tryskając wysoko gejzerem łez zatapia przelatujące nad nią mewy. Wielorybica Grażyna jest krótkowidzem, martwe ciałka mew unoszące się wokół niej na wodzie bierze za plantację narcyzów. Nucąc piosenkę o zatopionych świecach wyławia z morza białe kwiatki, silnymi palcami płetw zgniata je w wielkie bukiety, bukiety układa sobie na brzuchu i udaje, że jest zagubionym katafalkiem, katafalkiem szukającym drogi do domu…
               — Albo może utopię się w stawie? — A welon mój złocisty poniesie wiatr na pola — zmieniła nagle zdanie rozmarzona Grażyna. Na pola pełne słońca, pyłu i kłujących ostów. Grażyna wzdrygnęła się powodując średniej wielkości falę tsunami. Odruchowo nawilżyła mięsiste usta i ogromne czoło mokrą płetwą. Wybujała wyobraźnia to bardzo wielorybia cecha. Pieśń o zatopionych świecach to bardzo stara i długa historia. Wielorybi mit. Zatopione świece były przodkami wielorybów, miały wielką moc i lubiły hazard. W legendarnej partii pokera rozegranej dawno temu, gdy woda morska składała się tylko z jednego atomu wodoru przegrały w karty dwa zestawy genów. Przegrały z Pustynnymi Wiórami. Dwa nowiutkie zestawy genów odmieniły Pustynne Wióry nie do poznania. Wydobyły z nich kobiecość. Zmodyfikowane Pustynne Wióry stały się Morskimi Warkoczami i zamieszkały w oceanie, warkocze były blondynkami i nosiły świecące pasy ze stearyny na biodrach. Przegrane świece do dziś gryzą się w głębinach świecąc przy tym oczami. Cóż… za błędy przodków niekiedy płaci się bezkresną otyłością i talentem aktorskim.
                18 listopada stado błyszczących kolosów minęło Wrzosowy Klif, na szczycie klifu stała maleńka figurka. Hrabina Anna von Skrzat przygotowała się na tę chwilę starannie, obcięła paznokcie, spryskała dezodorantem sandały. Stała nieruchomo jak skała czy raczej jak skałka, bo nieduża była, tylko lewą rękę uniesioną miała wysoko i machała nią w prawo i w lewo.  
            Tik-tak, tik-tak… klekotała arystokratyczna ręka jak wahadło w starym zegarze. Lewa ręka hrabiny nieoczekiwanie kończyła się dłonią a dłoń kończyła się miserikordią.
             Tik-tak, tik-tak, tik-tak… Miserikordia błyszcząc w słońcu gibała się tam i z powrotem. Hrabina machała do wielorybów rodzinnym klejnotem. Zapachniało wrzosami. Wzruszona spotkaniem hrabina nie zapłakała za to zapłakała Grażyna, zapach dezodorantu szczypał ją w oczy ze wzruszenia.
            — Witaj mała arystokratko — zaśpiewała przeciągle wielorybica.
            Za chwilę śpiew rozlał się spiralami po niebie i wodzie. Ze wszystkich wielorybich gardeł buchnęła pieśń. Wielorybica opuściła z hukiem powieki. Czego nie widać tego nie ma. Czego nie ma tego zepsuć się nie da. Grażyna śpiewała jak natchniona. Magnetyczna, smętna pieśń wiła się ciężkimi, oleistymi wstęgami. Wznosiła się i opadała łagodnie. Potężniała z chwili na chwilę. Coraz cięższa i piękniejsza. Sto metrów nad wodą rolowała się jak wielka płachta powoli i zmysłowo ocierając się o morskie powietrze spływała w dół jak betonowy dywan, by bezszelestnie odbijać się o fale i śpiewające olbrzymy. Czarowna pieśń wielorybów wydawała się rozległa jak wszechświat, wydawała się zapraszać do dawno zapomnianej krainy przykrytej eonami czasu. Wciągała jak sen, z którego nie można się obudzić. Hrabina nagle zatęskniła za domem. Bardzo lubiła tęsknić za domem, ponieważ nigdy go nie opuszczała, dlatego też przychodziła w listopadzie na klif. Nie ma w całym wszechświecie większej tęsknoty za domem niż ta wpleciona w pieśń wielorybów. Hrabina schowała miserikordię do plastikowej reklamówki podciągnęła rajstopy i pobiegła do zamku.
               Wieloryby powoli odpłynęły na północ. Pieśń przycichała. Szum wiatru przechodził w łagodne wycie, tarmosił karłowate wrzosy porastające równinę wokół zamku. Rozległa posiadłość powoli nie popadała w ruinę. W oknie zamkowej biblioteki maleńką poważną twarz rozciął ostatni błysk zachodzącego słońca. Melania powoli podrapała się w policzek. Z nieba zaczęły spadać ciężkie krople. Po chwili szumiący miarowo deszcz przykrył świat brudną folią. Szara cisza ziewnęła i popatrzyła na Melanię jakby wyczekująco.
           Szyszka siedziała na parapecie okna z założonymi rękami. Jak zawsze. Oczy utkwiła w gazecie..
           Konsumenci domagają się więcej wideł na pilota!
           Duży, czarny nagłówek przekrzykiwał szum deszczu. Najbardziej poruszył Melanię wykrzyknik może, dlatego że kiedyś pięknie grała na tamburynie? Szara cisza w końcu zebrała się w sobie i pociągnęła na wrzosowiska omijając pięciopasmową obwodnicę. Melania kopnęła znienacka gazetę potem jeszcze raz i jeszcze…. Gdy wykrzyknik w końcu odpadł odetchnęła z ulgą. Po dwóch dniach odpoczynku podniosła go ostrożnie i stępiła. Pleśń z łydek najlepiej zeskrobuje się tępym wykrzyknikiem. Melania zabrała się za pedicure. Do Wigilii grube łydki Melanii były jak nowe i znacznie szczuplejsze..
              A tymczasem wieloryby były już u brzegów Grenlandii. Nareszcie były u celu. Szepcząc między sobą czekały na czereśnie. Już za chwileczkę... Już za momencik… W końcu stado czereśniowych drzew ukazało się na lodowcu. Drzewa jak młode źrebaki zbiegały na wyścigi na brzeg oceanu. Od razu było widać, że to młody sad. Zdyszane czereśnie dopadłszy wody natychmiast zanurzały w niej głowy. Następowało coroczne mycie głów. Uciechy i radości było przy tym, co niemiara. Beztroska młodych czereśni jest szeroko znana pod kołem podbiegunowym. Ach ta młodość… Czochraniu, parskaniu i wytrząsaniu owoców nie było końca. Woda przy brzegu coraz bardziej lśniła czerwienią. Czereśniowych owoców przybywało. Karminowe płachty powoli odbijały od brzegu kierując się na otwartą wodę.
              A tu czekały na nie wieloryby. Wspaniałe kolosy uwielbiały smak czereśni. Wyławiały je więc garściami i wpychały w zachwycie do przepastnych ust. Wieszały je sobie na uszach, wpychały do pępków. Rozgniatały na miazgę lepkimi od soku płetwami. Umorusane na twarzach pstrykały sobie pestkami po oczach czasem je wybijając a czasem nie. Słodki sok rozbryzgiwał się na szczęśliwych, wielkich twarzach, spływał z potężnych warg, migotał w słonych falach. Nie ma radośniejszego widoku niż wieloryb jedzący czereśnie. Nie ma szczęśliwszej istoty niż listopadowy wieloryb.